31.07.2012

Moja lista


Cieszę się, że mogę przyłączyć się do projektu.
Moja lista noblistów to oczywiście Polacy: 
 Henryk Sienkiewicz, 
Władysław Reymont,  
Czesław Miłosz, 
Wisława Szymborska.

Oprócz nich są to także:
Thomas Mann, 
William Faulkner, 
Albert Camus, 
Boris Pasternak, 
John Steinbeck,
Jean-Paul Sartre, 
Aleksander Sołżenicyn, 
Heinrich Böll, 
Isaak Bashevis Singer
Gabriel Garcá Márquez, 
William Golding, 
Günter Grass,
Imre Kertész, 
J.M. Coetzee,
Elfriede Jelinek, 
Orhan Pamuk, 
Doris Lessing, 
Herta Müller, 
Mario Vargas Llosa.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.


30.07.2012

Stambuł. Wspomnienia i miasto

W końcu nadszedł czas na zapoznanie się z tureckim noblistą, w ten sposób poznając nie tylko kolejnego noblistę, ale także rozszerzając peryferia literackie o Turcję. Stambuł. Wspomnienia i miasto nie jest powieścią autobiograficzną, choć takowe wątki też się w niej znajdą. Całość recenzji na blogu.

29.07.2012

Baltazar i Blimunda Jose Saramago

Do tej pory moja znajomość z literaturą półwyspu iberyjskiego była znikoma i prawdę powiedziawszy, taką by pewnie została, gdyby nie Saramago. Pisarz zaskoczył mnie zarówno formą, jak i treścią. Zaskoczył pozytywnie.
Portugalią na początku XVIII wieku rządzi król Jan V, który słynie nie tylko z zamiłowania do zabawiania się z zakonnicami i układania małych replik słynnych świątyń, ale także marnotrawienia ogromnych sum pieniędzy napływających z zamorskich kolonii. Pragnąc potomka składa franciszkanom uroczystą obietnicę wybudowania nowego klasztoru w Mafrze, jeśli jego królewska małżonka szczęśliwie znajdzie się w stanie błogosławionym. Maria Anna bogobojna córka Habsburskiego rodu, za namową spowiednika, nie zdradza się przed małżonkiem, iż w chwili składania królewskiej obietnicy słowo już stało się ciałem. Kiedy więc okazuje się, iż królowa urodzi dziecko król nakładem tysięcy przymusowych robotników buduje klasztor, który z czasem przekształca się w ogromną, pełną przepychu barokową katedrę. Katedrę, którą do dzisiaj można podziwiać.
Tymczasem w kraju panuje inkwizycja, która tłumi każdy przejaw wolnej myśli, na stosy trafiają zarówno heretycy, jaki i osoby, które miały nieszczęście zostać o herezję oskarżone. Zaprzężeni do niewolniczej pracy, królewską zachcianką wybudowania repliki Bazyli Św. Piotra w Rzymie, robotnicy bez sprzeciwu dźwigają swój los cierpiąc nędzę, choroby, upokorzenie.

Największa mądrość życiowa polega właśnie na obojętnym przyjmowaniu tego, co zsyłają niebiosa, słońce czy deszcz, byleby nie w nadmiarze, ale nawet i wtedy, bo przecież ani w czasie potopu nie zginęli wszyscy ludzie, ani nie było jeszcze takiej suszy, żeby nie przetrwała choćby jedna trawka lub nadzieja na jej odnalezienie. [str.130 ze 182]

Baltazar i Blimunda to historia jednostek, których życie splotło się nierozerwalnie z budową klasztoru. Budowa jest ogromnym, morderczym przedsięwzięciem, które pochłania nie tylko wiele środków, ale przede wszystkim wiele istnień ludzkich. Wydawać by się mogło, że tak przytłaczająca budowla przytłoczy też życie bohaterów. Tymczasem okazuje się, iż z pozoru niewiele znacząca jednostka obdarzona może być nadludzką siłą, jeśli jej motorem są miłość i pasja. Ksiądz Bartłomiej-Wawrzyniec, posiadający ogromne marzenie, aby przy pomocy passaroli (maszyny latającej) wzbić się w powietrze i przenieść do innego, szczęśliwszego świata spotyka na swej drodze dwoje ludzi, którym decyduje się zaufać i powierzyć swój sekret. Są to Baltazar, były żołnierz bez lewej ręki oraz obdarzona zdolnością widzenia rzeczy dla innych niedostrzegalnych – córka czarownicy - Blimunda. Przygody tej niezwykłej trójki to nie tylko historia księdza - pasjonata (postaci mającej swój pierwowzór w rzeczywistości) i dwójki kochanków, ale też wyraz siły, jaką daje człowiekowi uczucie i szlachetne pragnienia, to historia zwycięstwa mądrości nad głupotą, uczucia nad siłą, pasji nad powszedniością.

„bo czymże w rzeczywistości jest człowiek, którego człowieczeństwo mierzy się siłą mięśni, otóż jest ucieleśnieniem strachu, boi się, że ta siła okaże się niewystarczająca, by powstrzymać potwora, który go bezlitośnie ciągnie za sobą, wszystko zaś z powodu kamienia, który wcale nie potrzebował być aż tak wielki, taras można by przecież zrobić z trzech czy dziesięciu niniejszych, lecz wówczas nie moglibyśmy się pysznić wobec Jego Królewskiej Mości, Jest to jeden kamień, i wobec zwiedzających, nim przejdą do innej sali, Jest to jeden kamień, właśnie tego rodzaju pycha jest źródłem wszelkiego zakłamania, zarówno w skali ogólnej, jak i jednostkowej, o czym świadczy chociażby takie oto stwierdzenie z podręczników historii, Klasztor w Mafrze zawdzięczamy królowi Janowi V który ślubował zbudować go, jeśli będzie miał potomka, a gdzie tych sześciuset mężczyzn, którzy wszak nie zrobili żadnego dziecka królowej, a jednak to oni spełniają ślubowanie, niech to, proszę wybaczyć anachroniczne powiedzonko, cholera weźmie” [str.128 ze 182].


Saramago w sposób niezwykle prosty - za pomocą ludowej opowieści (używając jednocześnie dość zawiłego stylu) opisuje historię determinacji, z jaką dążą do realizacji swych marzeń bohaterowie, którzy muszą przezwyciężyć nie tylko przeszkody zewnętrze, ale także własne słabości i ograniczenia.

Język Saramago wymaga od czytelnika dużego skupienia. Zdania się niezwykle rozbudowane, często pozbawione znaków przestankowych, zdarza się, iż w jednym zdaniu występuje dwóch narratorów. Jednocześnie narrator będący człowiekiem z XVIII wieku dysponuje często wiedzą człowieka współczesnego. Wszystko to sprawia, iż lektura nie należy do lekkich i łatwych. Z jednej strony utrudnia to czytanie, ale z drugiej strony pozbawiona owego stylu książka, myślę, że straciłaby sporo ze swej oryginalności.

„… bo zawsze kimś się jest, czy się tego chce czy nie, gdyż prawdę mówiąc, od wszystkiego można uciec, tylko nie od siebie samego” [str.31 ze 182]

Mnie książka urzekła. Ocena 5,5/6

A swoją drogą, ilekroć oglądam te wszystkie piękne świątynie przychodzi mi do głowy pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi, czy były one warte swojej ceny.
Zdjęcia: 1 Okładka, 2-3. Katedra w Mafrze
Książkę przeczytałam w formie e-booka. Zaliczam ją do wyzwania z półki.

J.-M. G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent


Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy

To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną WojnaTym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.

W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.


Dalej

28.07.2012

Onitsza Le Clezio

Wydawca: PIW
Rok wydania: 2008
liczba stron: 224
Upalny dzień zniechęca do jakiegokolwiek wysiłku umysłowego, zatem dzisiaj będzie krótko. Pierwsze spotkanie z noblistą. Nie powiem, że nie udane, ale też nie mogę powiedzieć, abym była tej znajomości ciekawa na przyszłość. Oczywiście, wiem, że nie należy się zniechęcać po pierwszej książce, należy dać szansę i pisarzowi i sobie, sama tak kiedyś pisałam innej blogerce, ale kiedy każdy z nas ma po kilkadziesiąt, a niektórzy kilkaset pozycji na półeczkach i są tam też takie, do których aż przebieramy nóżkami to takie pierwsze nie do końca udane spotkanie może przesądzić o losie autora w naszym życiu literackim.
Książkę przeczytałam w maju i z przerażeniem stwierdzam, że mimo upływu tak krótkiego czasu coraz bardziej zaciera się w mojej pamięci. To co w tej opowieści o podróży utkwiło mi w pamięci to sama aura tejże (tu kłania się moje zamiłowanie do morskich podróży) oraz obraz Afryki, jaki poznajemy, dzięki wrażliwości małoletniego bohatera powieści. Obraz ten mimo dużej intensywności barw i zapachów sprawia wrażenie nieco sennego i poetyckiego. Akcja toczy się niespiesznie i monotonnie.
Biała kobieta krótko po wojnie wraz z dwunastoletnim synem, Fintanem odbywa podróż statkiem do Afryki (do miejsca o nazwie Onitsza), aby tam spotkać się z ojcem chłopca. Geoffray, opuścił rodzinę w pogoni za nieuchwytnym marzeniem. Kobieta płynie pełna wiary w odzyskanie męża i ojca jednocześnie. Fintan nie bardzo ma ochotę płynąc na nieznany ląd, do człowieka, który jest mu całkiem obcy, ale kiedy już przybywa na miejsce stara się poznać i zapamiętać wszystko, co warte i godne zapamiętania; poprzez barwy, zapachy, zjawiska pogodowe, niezwykłych ludzi. Chłopiec chłonie otaczający go świat z całym jego dobrodziejstwem. Odnajduje w nim i piękno afrykańskiego krajobrazu i biedę i okrucieństwo kolonialnego świata. Kiedy po latach Fintan zaczyna uważać Onitszę za swój dom okoliczności zmuszają rodzinę chłopca do powrotu do Europy. Wówczas okazuje się, iż Onitsza to nie tylko mały punkt na mapie świata, ale miejsce, które zaważyło na całym dalszym życiu chłopca. Opowieść niespieszna, nieco poetycka, opowieść o samotności, o tęsknocie, o marzeniach, o akceptacji, o trudnej miłości, o dojrzewaniu, no i przede wszystkim opowieść o Afryce pięknej i zdradliwej.
Polecam wielbicielom czarnego lądu i sennych, niespiesznych klimatów.
Jeśli ktoś byłby książką zainteresowany, proszę śledzić na moim blogu za jakiś czas zakładkę Wymiana, do której Onitsza trafi jako pierwsza.

16.07.2012

"Pan Wołodyjowski" Henryk Sienkiewicz

Wydawnictwo: Agora
audiobook: czas trwania 16 h 30 minut
Moja ocena : 6/6
lektor: Janusz Gajos

Gdyby mi ktoś piętnaście lat temu powiedział, że zakocham się w "Panu Wołodyjowskim", na pewno bym go wyśmiała! Przecież Trylogia Sienkiewicza to nuda przecież! Przeczytałam w prawdzie, w liceum z musu "Ogniem i mieczem", ale bardziej "dooglądałam" film niż doczytałam. Na "Potopie" utknęłam gdzieś w połowie i tyle. Za trzecią część się nawet nie zabierałam.
Aż do teraz, kiedy trafiła mi się od Ktryi, pożyczka samochodowego audiobooka. "Czemu nie", pomyślałam, w końcu głupio tak nie znać Trylogii.

No i stało się. Zakochałam się w "Panu Wołodyjowskim"! Może nie tyle w samym rycerskim Panu Michale, co w tej przepięknej powieści. Wszystko mi się podobało. Zarówno pierwsza część, ta bardziej obyczajowa, kiedy to serce Małego Rycerza skradły Panna Krzysia i Panna Basieńka.
W tej części akcja toczy się jak w najlepszym romansie, kiedy to zobowiązania bohaterów walczą z namiętnościami, a uczucia skrywane, wychodzą na jaw. Są nawet oświadczyny w wykonaniu damy! Och, dzieje się sporo!

Druga część przenosi nas do Chreptiowa, gdzie Pan Wołodyjowski obejmuje komendę z rozkazu Hetmana Sobieskiego. Do nowego miejsca przenosi się wraz z żoną Basieńką i przywraca spokój na terenach narażonych na ciągłe napady tatarskie.
W tych fragmentach książki więcej jest opisów walk, wspomnień działań wojennych i polityki. Nie długo jednak będzie nam dane odetchnąć od zawirowań, gdyż na horyzoncie pojawia się Azja Tuhajbejowicz, który podstępem próbuje zwrócić się przeciwko Rzeczypospolitej. Do tego pała żądzą i namiętnością do Basi i będzie dążył wszelkimi sposobami do zdobycia ukochanej kobiety.

Wątek Azji, porwanie Basi, jej ucieczka i pościg za zdrajcą, to według mnie najciekawsze  momenty w powieści. Aż dech zapiera z ciekawości, co będzie dalej. Kolejno, egzekucja Azj, którą kojarzą chyba wszyscy z filmu Hoffmana, przysparza o dreszcze. W końcu tragiczne zakończenie, które nie pozwala na spokojne odłożenie książki na półkę i zapomnienie o bohaterach.

Rewelacja, tylko tyle zostaje mi powiedzieć.  Dla mnie "Pan Wołodyjowski" jest odkryciem, najlepszą książką ostatnich miesięcy, jaką przeczytałam/odsłuchałam. Nie żałuję, że w liceum ominęła mnie ta powieść. Pewnie wtedy nie odczułabym jej niezwykłości. "Odbębniłabym" jako kolejną obowiązkową lekturę, odłożyła na półkę i zapomniała.

Nie mogę też nie wspomnieć o lektorze, Panu Januszu Gajosie, który wspaniale książkę interpretował. Audiobook w jego wykonaniu to prawdziwy majstersztyk, którego odsłuchuje się z wielką przyjemnością.

15.07.2012

Pan Wołodyjowski Henryk Sienkiewicz


Wydawnictwo: Agora
audiobook: czas trwania 16,5 godziny
lektor: Janusz Gajos
Pana Wołodyjowskiego czytałam po raz pierwszy, jako nastolatka wygrzebawszy spod szklanego stoliczka (zamieszkałej na wsi) cioci. Czasy mojej wczesnej młodości przypadały na okres, kiedy o dostęp do książek nie było tak łatwo, jak dzisiaj. Pamiętam uczucie radości, kiedy na książkę trafiłam (znając jedynie filmową jej adaptację) oraz żal, że nie będę jej mogła zabrać ze sobą.
Oczywiście podczas tej pierwszej lektury zakochałam się w małym rycerzu, a w mojej główce roiło się, iż mogłabym zostać damskim odpowiednikiem pana Michała, albo co najmniej dzielnym hajduczkiem.
Po audiobooka Pan Wołodyjowski sięgnęłam dzięki trójkowemu wyzwaniu u Sardegny oraz jej rekomendacji.
W Panu Wołodyjowskim niemal każdy może odnaleźć coś dla siebie. Znajdują się tam wątki; miłosne, historyczne, przygodowe, obyczajowe. Jest cała galeria ciekawych i zróżnicowanych postaci z panem Onufrym Zagłobą na czele z jego krotochwilnymi przypowiastkami.
Ponowna lektura zaowocowała odkryciem i innych atutów powieści. Przede wszystkim u Sienkiewicza zachwyca przepiękny, staropolski język. Swego czasu Lirael zaproponowała akcję przywracania do użytku dawno zapomnianych słów. Ja ze swojej strony chętnie zaadoptowałabym takie perełki jak: amicycja, abominacja, mydłek, pobratymstwo, larum, animusz, afekt i moje ulubione zali (czy).
Czy uchował się jeszcze ktoś kto nie wzruszy się na słowa:

Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz! Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?


Dla wielbicieli powieści historycznej gratką będzie umiejscowienie akcji na tle wojen z Turcją w latach 1668-1673, elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, obrony Kamieńca Podolskiego i bitwy pod Chocimiem.
Uwagę zwraca też warstwa obyczajowa XVII wiecznej Polski (elekcja, życie na stanicy, stosunki damsko-męskie) a także opis życia Polaków wziętych w jasyr.

Znajdzie się też coś dla wielbicielek romansów. Mały rycerz jest nie tylko pierwszym rycerzem Rzeczpospolitej, ale i niezwykle kochliwym człowiekiem. Jeszcze nie zdążył opłakać Anusi Borzobohatej, a już w serce zapadła mu Krzysia, żeby za chwilę zapałać afektem do Basi. W Panu Wołodyjowskim jest tych miłosnych historii i dramatów więcej (Krzysia i Ketling, Pan Nowowiejski i panna Boska, Azja i … Ewa Nowowiejska/Basia Wołodyjowska). No bo jak mawiał Ketling:

Kochanie to niedola ciężka, bo przez nie człek wolny niewolnikiem się staje. Równie jak ptak, z łuku ustrzelon, spada pod nogi myśliwca, tak i człek, miłością porażon, nie ma już mocy odlecieć od nóg kochanych... Kochanie to kalectwo, bo człek, jak ślepy, świata za swoim kochaniem nie widzi... Kochanie to smutek, bo kiedyż więcej łez płynie, kiedyż więcej wzdychań boki wydają? Kto pokocha, temu już nie w głowie ni stroje, ni tańce, ni kości, ni łowy; siedzieć on gotów, kolana własne dłońmi objąwszy, tak tęskniąc rzewliwie, jako ów, który kogoś bliskiego postradał... Kochanie to choroba, gdyż w nim, jako w chorobie, twarz bieleje, oczy wpadają, ręce się trzęsą i palce chudną, a człowiek o śmierci rozmyśla albo jak w obłąkaniu ze zjeżoną głową chodzi, z miesiącem gada, rad miłe imię na piasku pisze, a gdy mu je wiatr zwieje, tedy powiada: "nieszczęście!"... i ślochać gotów...”
A jednak - Jeśli miłować ciężko, to nie miłować cięże jeszcze, bo kogóż bez kochania nasyci rozkosz, sława, bogactwa, wonności lub klejnoty? Kto kochanej nie powie: „Wolę cię niźli królestwo, niźli sceptr, niźli zdrowie, niźli długi wiek?...” A ponieważ każdy chętnie by oddał życie za kochanie, tedy kochanie więcej jest warte od życia...


Ale, że Pan Wołodyjowski jest ostatnią częścią Trylogii pisanej „ku pokrzepieniu serc” to bohaterowie ponad szczęście osobiste i kochanie przedkładają obowiązek obrony umiłowanej Rzeczpospolitej w imię hasła Bóg, honor, ojczyzna. Jakże to piękne.
Jest wreszcie w Panu Wołodyjowskim coś z pięknej baśni, gdzie bohaterowie, są szlachetni, rycerscy, odważni, gotowi na wszystko w imię przyjaźni i w imię miłości (szeroko pojętej, czy do kobiety, członka rodziny, czy ojczyzny), a przy tym nie są postaciami papierowymi, czy pozbawionymi wad.
Dodatkową zaletą audiobooka jest piękna interpretacja pana Janusza Gajosa.
Moja ocena 5,5/6