24.06.2013

"Marzenie celta" Mario Vargas Llosa

Wydawnictwo: Znak
Język oryginału: hiszpański
Stron: 472
Ocena ogólna: 9/10
Ocena wciągnięcia: 5/6

"Marzenie celta" nie jest książką łatwą ani tym bardziej przyjemną. Im dalej zagłębiamy się w bestialstwo i niesprawiedliwość ludzką tym bardziej robi się nieprzyjemnie. A jest naprawdę ciężko wytrzymać bijącą nienawiść, okrucieństwo, brak jakiegokolwiek pohamowania czy norm społecznych. Kiedy myślimy, że gorzej już być nie może, człowiek udowadnia, że srogo się mylimy.

Po resztę recenzji zapraszam na mojego bloga - Wykredowana.

5.06.2013

"Utracona cześć Katarzyny Blum" Heinrich Böll

"Utracona cześć Katarzyny Blum" to niedługa, ciekawa książka napisana w formie kroniki, opowiadająca o tym, jak bezwzględni pracownicy brukowej gazety doprowadzili spokojną dziewczynę do tego, że w odruchu buntu zabiła dziennikarza.

Katarzyna żyła sobie spokojnie, nie miała żadnych zainteresowań ani bliskich przyjaciół. Pracowała jako gosposia. Mieszkała w czyściutkim dwupokojowym mieszkanku i posiadała dziewięć książek (cztery romanse, trzy kryminały, dwie biografie). Była osobą skrytą, pruderyjną, oszczędną.

Pewnego razu Katarzyna udzieliła noclegu mężczyźnie poszukiwanemu przez policję. Dziennikarze zainteresowali się tą sprawą, zaczęli fotografować młodą kobietę i zamieszczać w swojej gazecie artykuły, w których było więcej plotek i oszczerstw niż prawdy. 

Dalszy ciąg recenzji na moim blogu.

30.05.2013

"Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście" Josif Brodski


Już od kilku dni zastanawiam się, jak napisać o „Dyptyku petersburskim” Josifa Brodskiego, bo te dwa eseje są tak dobre, że powinnam się ograniczyć do przetoczenia kilku cytatów, które byłyby najlepszą rekomendacją. Będę więc oszczędna w słowach i niech Brodski mówi sam za siebie, bo to on jest mistrzem słowa pisanego.

Pierwszy esej, w oryginale napisany po rosyjsku, a przetłumaczony przez Pawła Hertza – „Przewodnik po przemianowanym mieście” – traktuje o ukochanym mieście Brodskiego, któremu patronują dwa pomniki – słynny Jeździec Miedziany na Placu Senackim oraz pomnik Lenina przed dworcem Fińskim. To Petersburg, przez 67 zwany również Leningradem. 
"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używac ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby”.
Brodski maluje jego duchowy portret, mocno osadzony w ramach historii, przypomina, że to rosyjskie miasto zbudowano nad kanałami Newy, niczym Wenecję Północy i jest najmniej rosyjskim miastem, a przez to bardzo osamotnionym.
To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu”.
Petersburg w oczach Brodskiego i świata, to nie tylko piękne położenie, wspaniałe budynki, ale przede wszystkim kolebka literatury rosyjskiej.
Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda możświadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy”.
Niezwykły to esej, który wiele wyjaśnia, ale skłania również do kolejnych wewnętrznych poszukiwań.

Drugi esej “W półtora pokoju”  Brodski napisał po angielsku, a został przetłumaczony przez Annę Husarską. Wzruszający, ściskający za gardło, napisany ku pamięci rodziców Brodskiego, ktorzy żyli przez większość swego życia w półtora pokoju w Peterburgu. Wygarnięte z zakamarków pamięci strzepki wspomnień, aby zachować je zanim zostaną unicestwione, bowiem “Pamięć zdradza wszystkich, szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, sojuszniczka śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć pamięci do wskrzeszania kogokolwiek, nawet na papierze”.  To wspomnienia mieszkania, zapis gestów, mimiki, wspólnego spaceru z ojcem, wspomnienie łóżka rodziców czy chińskich figurek przywiezionych przez ojca, oficera marynarki. Bardzo osobiste, przepięknie napisane, przepełnione miłością i tęsknotą.  

Typ prozy do której chce się wracać i wracać, aby upajać sie pięknem języka.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

25.05.2013

"Synowie" Pearl S. Buck


„Synowie” Pearl S. Buck jest drugim tomem trylogii „Ziemski dom” traktującym o losach trzech synów Wang Lunga, którego życie poznajemy w części pierwszej.  Wang Lung, który tak ukochał ziemię, zakupił jej takie mnóstwo, że jego synowie mogli uważać się za bogaczy. Miał on ogromną nadzieję, że synowie nie tylko nie pozbędą się żadnego poletka, ale będą dbać o  stworzoną przez niego potęgę i umocnią znaczenie rodziny. Jak to często bywa, marzenia Wang Lunga zupełnie nie pokrywały się z zamierzeniami jego synów, którzy już przy jego łożu śmierci układali plany, jakby się tej ziemi pozbyć, najlepiej z największym zyskiem. Wang Starszy był mężczyzną słabego ducha, dbającym jedynie o luksusy i przyjemności ciała, nie miał ochoty zostać ziemianinem, ponieważ nie chciał zmieniać swojego mieszczańskiego stylu życia. Wang Drugi chciał swoje życie poświecić sprzedaży ziarna i pomnażaniu w handlu pieniędzy. Natomiast najmłodszy, Wang Tygrys, który zapałał uczuciem do najmłodszej konkubiny swego ojca i uciekł z domu, nie zamierzał wiązać swego życia z miejscem, w którym się urodził i z ziemią, której nienawidził, tylko z wojskiem. I to właśnie o Wangu Tygrysie opowiada lwia część tej książki, o jego dążeniu do władzy i jej umacnianiu. Bardzo ładnie są scharakteryzowane sylwetki trzech braci, ze szczególnym wskazaniem na najmłodszego, którzy różnią się tak bardzo od siebie, że aż trudno uwierzyć, że mają tych samych rodziców.

Druga część trylogii podobała mi się mniej, zabrakło mi tutaj tego kolorytu Chin, który tak wspaniale Pearl Buck uchwyciła w części pierwszej. Warstwa obyczajowa jest znacznie uboższa. Tym razem autorka ukazuje nam życie prostych ludzi, którzy gnębieni są przez bandy rozbójników i często także przez samo wojsko, zabiera nas też na salę sądową i ukazuje niesprawiedliwość, która najczęściej dotyka najbiedniejszych. Kontrastuje te obrazy z życiem bogatych mieszczan, generałów i sędziego. Cenię ją za to, że zaglądała do brudnych zaułków i starała się przedstawić życie w ówczesnych Chinach z wielu stron, że opisywała losy tych, którzy nigdy nie mieli prawa głosu i nikomu wcześniej nawet nie przyszło do głowy, aby zająć się takim tematem.
Jednakże najdokładniej opisane sprawy wojskowe na tle rewolucyjnych zmian, jakie zachodziły w Chinach, nie interesowały mnie zwyczajnie aż tak bardzo.

Mimo tego, że byłam nieco rozczarowana samą historią, drugi tom trylogii czytało mi się całkiem dobrze, a to zasługa lekkiego pióra Pearl Buck i niezbyt skomplikowanej treści z wyraźnym przesłaniem, aby nie przenosić swoich marzeń i ambicji na dziecko, bez względu na czasy, w jakich się żyje.

21.05.2013

Skrzynka. Opowieści z ciemni. G. Grass

Dla miłośników stylu G. Grassa ta książka jest kolejnym sposobem na zatopienie się w trochę magiczny świat, w którym rzeczywistość spleciona jest z wydarzeniami nieprawdopodobnymi, ale zawsze gdzieś na granicy możliwych do przyjęcia. Ojciec, który w Skrzynce prawie nie zabiera głosu, jest jedną z postaci, wokół której toczy się ta historia, jest tym, któremu podporządkowane jest dawna i obecna aktywność jego potomków. Dorośli, samodzielni ludzie przybywają na wezwanie ojca i skupieni w jednym pomieszczeniu przenoszą się w świat dzieciństwa, historie przeplatają się, oscylują wokół różnych postaci, ale zawsze gdzieś w tle jest ojciec i najwierniejsza z kobiet, którą niejako „odziedziczył” po swoim przyjacielu, Maryjka.

Więcej na blogu  Hominem Quaero

18.05.2013

William Golding – Widzialna ciemność

William Golding
Widzialna ciemność (Darkness Visible)
tłum. Małgorzata Golewska-Stafiej i Leszek Stafiej
Czytelnik, 1986

Widzialna ciemność to prosta opowieść o zwyczajnych ludziach, ich zwykłym życiu, pragnieniach, niezrealizowanych marzeniach, wyimaginowanych posłannictwach. To opowieść o ukrytych stronach człowieczej duszy, o przeciwstawianiu sobie dobra i zła, tkwiącego w każdym z nas, o trudnej do zdefiniowania, a czasem i odkrycia, innej, mrocznej, głęboko schowanej cząstce naszego jestestwa. O wyborach, które tak naprawdę nie są wyborami, tylko przymusem wewnętrznym, niemożliwym do odparcia, natrętnym i dominującym. U jednych bierze on początek w wojnie, przypadkowym nieszczęściu, napiętnowaniu ogniem, u innych w skłonnościach różnych od tych uważanych za normalne, braku miłości i akceptacji, wieloletnim pomijaniu, ignorowaniu potrzeby bliskości i zwykłego domowego ciepła, odrzuceniu poza swój mały, bezpieczny światek.
Trzyczęściowa powieść rozpoczyna się mocnym uderzeniem: podczas nalotu Londynu z pożaru wyłania się poparzony chłopiec. Żołnierze ratują go, odstawiają do szpitala, skąd po długich miesiącach cierpień wychodzi, by znów normalnie żyć. Ale czy jego życie może być normalne? Mocno oszpecony wzbudza litość i niechęć, poczucie winy i przykry przymus niesienia pomocy, dania pracy. Matty radzi sobie jak potrafi z obrzydzeniem dostrzeganym na twarzach innych i z własnymi lękami wobec spotykanych ludzi, zwłaszcza pięknych kobiet. Ucieka przed nimi aż do Australii w naiwnym mniemaniu, że tam tych spotkań uniknie. Swój strach próbuje pokonać czytając Biblię, ucząc się jej na pamięć, szukając w niej odpowiedzi na dręczące go pytania, do skutku, do bólu, do obłędu...


Więcej na blogu.

15.05.2013

Ginter Grass Portret z bębenkiem i slimakiem Zbigniew Światłowski


Kiedy wylosowano mi książkę w stosikowym losowaniu ucieszyłam się, bo to i o nobliście, (którego dwie pozycje bardzo mi przypadły do gustu) i książeczka dość cienka (dwieście parę stron), więc założyłam, iż przeczytam podczas weekendu. Założenia założeniami, a rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Myślę, że gdyby nie wyzwanie książkę odłożyłabym na półkę na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość. I tym razem to raczej nie wina książki, raczej czytelniczka okazała się nieprzygotowana do lektury. Książka jest wnikliwą analizą twórczości noblisty z bogatym odniesieniem do wyników badań innych naukowców poprzez odniesienie się do fragmentów ich wypowiedzi. Stąd pełno tu cytatów badaczy, którzy, to pewnie tylko moje odczucie, ale odnoszę wrażenie, że rywalizują między sobą w byciu bardziej oryginalnymi. Im bardziej skomplikowana składnia zdania, im więcej mądrze brzmiących, nie do końca zrozumiałych (możliwe, że jedynie dla mnie) wyrazów tym lepiej. Kiedyś Lirael napisała u siebie o książce pana Adama Szczucińskiego o podróży do Włoch, że jego zapiski na marginesach książek poprzedników mają trochę za wąskie marginesy. Pan Światłowski nie pisze co prawda na marginesie książek innych badaczy, ale cytowane przez niego wstawki są tak liczne, że często jeszcze nie wybrzmi jeden cytat, którego przemyślenie czytelnikowi nie-filologowi zajmuje chwilę, a już pojawia się kolejny. Chyba jednak najbardziej w lekturze przeszkadzało mi branie w cudzysłów pojedynczych, wydawałoby się zwykłych słów. Cudzysłów zapala we mnie zielone światełko o być może podwójnym znaczeniu słowo, więc zastanawiam się, jaką kolejną zagadkę ukrył autor w swojej wypowiedzi.
Wydaje mi się, że to książka dla odbiorców o nieco wyższym poziomie wiedzy, bardziej zainteresowanych wyszukiwaniem znaczeń, symboliki ukrytej w powieściach Grassa. A co do tego, że dzieła noblisty pełne są ukrytych znaczeń nikt chyba nie ma wątpliwości.
To, co mnie najbardziej przypadło do gustu to wypowiedzi samego autora; napisane prostszym (choć wcale nie prostym) językiem, a przez to bardziej zrozumiałe. I dla mnie, laika dużo ciekawsze.
Gdańszczanka z ogromną przyjemnością odszukuje śladów swojego miasta w twórczości Grassa, a tych jest naprawdę ogromnie dużo. Gdybym miała wymienić jednego/ jedynego pisarza który sportretował moje miasto byłby to właśnie Gunter Grass. Paradoksalnie właśnie on, Niemiec, borykający się z ludobójczą przeszłością własnego narodu, mający za sobą wojenne doświadczenie najpiękniej odmalowuje Gdańsk- miasto swego urodzenia. Gdańsk występuje w Blaszanym bębenku, Kocie i myszy oraz Szczenięcych latach.
Nie wychodziliśmy już prawie z podziemi. Mówiono, że Rosjanie są już w Suchaninie, Pieckach i pod Siedlcami. W każdym razie siedzieli na wzgórzach, bo strzelali wprost na miasto. Główne miasto, Stare Miasto, Korzenne Miasto, Stare przedmieście, Młode Miasto, Nowe Miasto i Dolne Miasto, budowane łącznie przez siedemset lat, spłonęły w trzy dni[…] Na ulicy Spodniarzy ogień kazał sobie wziąć miarę na wiele par uderzająco jaskrawych spodni. Kościół Najświętszej Marii Panny płonął od środka i przez ostrołukowe okna ukazywał uroczyste oświetlenie.[..] W Wielkim Młynie mielono czerwoną pszenicę. Na Rzeźnickiej pachniało przypaloną niedzielną pieczenią. W Teatrze Miejskim dawano premierę Snów podpalacza, dwuznacznej jednoaktówki. Na Ratuszu Głównego Miasta postanowiono podwyższyć po pożarze, z ważnością wstecz, pensje strażaków.[…] Że spłonął Targ Drzewny, Targ Węglowy, Targ Sienny, to samo przez się zrozumiałe. Na Chlebnickiej chlebki już nie wyszły z pieca. Na Stągiewnej kipiało w stągwiach. Tylko budynek Zachodniopruskiego Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia z czysto symbolicznych względów nie chciał spłonąć” (Blaszany bębenek).
Książka jest próbą obiektywnej oceny człowieka i jego działalności i to jakże różnorodnej działalności. Grass jest przecież nie tylko pisarzem, ale i poetą, artystą-grafikiem, rzeźbiarzem ilustratorem swoich książek, grał też w zespole jazzowym. Był zaangażowanym politycznie obywatelem działającym na rzecz rozliczenia przeszłości. Grass lubił (i chyba nadal lubi) prowokować, co przysparza mu wielu przeciwników. Nie będę się tu rozpisywać na temat całej działalności pisarza poprzestanę jedynie na przedstawieniu najbardziej wstydliwego i bolesnego epizodu w życiorysie pisarza, którego nie przemilczał (bycia członkiem oddziałów Waffen SS).
Jak pisze Światłowski Grass nie znosił swojego politycznego przeciwnika kanclerza Kohla, ale zapewne mógłby podpisać się pod jego wypowiedzią, w której dziękował opatrzności za „łaskę późnych narodzin”, która pozwoliła mu uniknąć współudziału w hitlerowskich zbrodniach. Bo, jak pisał mogłoby się zdarzyć, że urodziłby się o dziesięć lat później „a wtedy w 1933 roku miałbym szesnaście, a nie sześć, a w chwili wybuchu wojny dwadzieścia dwa, a nie dwanaście lat. Podobnie, jak większość moich rówieśników ledwo przetrwałbym wojnę, ponieważ od razu byłbym objęty obowiązkiem pełnienia zasadniczej służby wojskowej. Mimo tego prawdopodobieństwa nic (lub może tylko moje życzenie) nie świadczy o tym, iż nie mógłbym się stać oddanym socjalistą narodowym. Wywodząc się z rodziny drobnomieszczańskiej, która wypierała się swego półkaszubskiego rodowodu, wychowany w niemiecko-idealistycznym duchu, mając wpojoną zasadę rasowej czystości, zachwyciłbym się imperialnymi celami i przystałbym na to, by (w imię wspólnoty narodowej) subiektywną niesprawiedliwość wytłumaczono mi jako obiektywną słuszność. W końcu lata 1939 roku gdańska SS-Heimwehr mogłaby (potwierdziłbym to na piśmie) liczyć na mnie, choć – lub ponieważ – mój wujek Franciszek pełnił służbę w Poczcie Polskiej” (Płody umysłu).
Co czuł wcielony do pełnienia służby w Hitlerjungend młodzieniec – to samo, co zapewne wszyscy jego rówieśnicy. Ogniska, poczty sztandarowe, nauka strzelania z karabinków małokalibrowych [..]Oczywiście uczniacka krnąbrność. Nuda przy pełnieniu służby…Głupawe dowcipy o partyjnych szychach, które wymigiwały się od służby frontowej i pogardliwie nazywane były złotymi bażantami. Ale opór? Ani śladu, choćby tylko w strzępach myśli. Raczej już podziw dla wojennych bohaterów i tępa, niczym niewzruszona wiara, której dzisiaj się wstydzę” (Schrreiben nach Auschwitz). Prawdziwy wstyd i zrozumienie przyszły dopiero po procesie norymberskim, kiedy doszło do świadomości, że „naszej hańby nie da się usunąć ze świadomości, ani wymazać” (Portret z bębenkiem i ślimakiem str. 19). Zapewne dlatego „Grass świadkowanie zbrodniom popełnionym przez Niemców, a jednocześnie walkę ze społeczną niepamięcią, uczyni naczelnym imperatywem swego pisarstwa” (Portret z bębenkiem i ślimakiem str. 29)
Z książki można dowiedzieć się wiele o jego działalności twórczo-politycznej. Pomijając to nagromadzenie cytatów innych badaczy na temat twórczości Grassa sam autor pisze ciekawie i w sposób rzeczowy, analizuje twórczość noblisty patrząc nań z różnych punków widzenia. Bohater został przedstawiony, jako wielki, utalentowany, wrażliwy człowiek, ale nie pozbawiony wad. Pisarz, tak kontrowersyjny jest przez wielu podziwiany i szanowany, bowiem:
...mało który pisarz współczesny szczycić się może tak liczną i doborową zarazem gminą administratorów co Günter Grass. Ale kocha się go z różnych powodów. Jedni uwielbiają pełnego inwencji "bajarza", który wyjałowionej po awangardowych eksperymentach epice przywrócił narracyjną barwność i imaginacyjną swobodę. Innym najbliższy jest surowy krytyk niemieckiej historii, kronikarz jej krwawych i haniebnych epizodów, anarchiczny prześmiewca i obrazoburca, kpiną godzący w nacjonalistyczne ideologie, patriotyczne mity, kłamstwa polityki i kłamstwa kultury. Literaccy smakosze rozkoszują się językową wirtuozerią i witalnością Grassowskiej prozy, w której polifonicznie współbrzmią plebejska dosadność, baśniowe zaśpiewy, barokowa elokwencja, delikatny liryzm...
Książka jest też dobrą okazją do poszerzenia zasobu słownictwa. Nie wiem, jak wy, ale dla mnie takie słowa jak: tromtadracja, blasfemia, tauromachiczny, persyflaż były powodem sięgnięcia do słownika.
Książka interesująca, godna polecenia, choć niełatwa w odbiorze.