Heinrich Böll , niemiecki
Noblista z 1972 roku, jak można wyczytać w końcowym przypisie do
książki wydanej u nas w 1978 roku, o której będzie dzisiejszy post,
uparcie tropił w powojennej społeczności Niemców wszystko to, co
ludziom, w nich samych i po za nimi, przeszkadzało żyć po ludzku. W
swych pierwszych książkach powracał raz po raz do dziedzictwa hitleryzmu
i wojny, z niepokojem obserwując jego nie zatarte ślady w psychice
współczesnych. Później w swej twórczości pisał o zjawiskach nie mnie
groźnych niż dziedzictwo hitleryzmu, a związanych z powojenną
stabilizacją, do których należały : konformizm, egoizm, nietolerancja,
aż wreszcie w kolejnej książce, "Utracona cześć Katarzyny Blum", poruszył
problem przemocy. Nie chodziło mu jednak o nielegalną przemoc, która
polegała na aktach terrorystycznych, które co pewien czas wstrząsały
opinią publiczną w RFN w latach 70-tych, ale o zalegalizowaną przemoc
słowa, którą bezkarnie uprawiały bywało tylko i wyłącznie dla sensacji,
ale najczęściej dla określonych celów politycznych brukowe gazety. Pod
"Gazetą" w książce kryje się sensacyjny dziennik "Bild", a praktyki
dziennikarza pojawiającego się na jej kartach przypominają całkiem
praktyki dziennikarzy tego organu koncernu prasowego Springera.
Akcja ksiązki dzieje sie w latach 70-tych ubiegłego stulecia, w RFN. Katarzyna Blum, bohaterka książki Hneiricha Bölla
zabija w swoim mieszkaniu dziennikarza piszącego w Gazecie a następnie
pojawia się u nadkomisarza policji, by przyznać się do popełnionego
czynu. Wszystkim jej znajomym, pracodawcom wydaje się to niemożliwe, by
była zdolna do popełnienia tej zbrodni, a jednak jest ona faktem.
czytaj więcej>>>>>>>
15.05.2014
12.05.2014
ROZMOWA W "KATEDRZE" MARIO VARGAS LLOSA
Tytuł: Rozmowa w "Katedrze"
Tytuł oryginału: Conversacion en la Catedral
Autor: Mario Vargas Llosa
Tytuł oryginału: Conversacion en la Catedral
Autor: Mario Vargas Llosa
Powieść ”Rozmowa w „Katedrze” Maria Vargasa Llosy po raz pierwszy
została wydana w 1969 roku. Uważana jest za jedną z najważniejszych
powieści w dorobku peruwiańskiego pisarza i przychylam się w zupełności
do tej opinii. ”Rozmowa w „Katedrze” posiada cechy powieści "wielkiej", jest ważną książką nie tylko dla samego pisarza.
Książkę momentami czytało mi się ciężko i wydawała mi się mecząca,
zwłaszcza na samym początku, a jest to powieść licząca sobie sporo
stron. Dopiero mniej więcej w połowie, zaczął wyjaśniać się obraz
powieści, zarys fabuły. Dawno nie czytałam tak przytłaczającej książki,
która początkowo wywołuje sprzeczne uczucia, aby w końcowym efekcie być
zachwyconym książką. Powieść ma wiele wątków, które nie rzadko wręcz
mieszają się, tworzą plątaninę, nachodzą na siebie różne płaszczyzny
czasowe. Akcja dzieje się w Peru, w latach 50-tych w czasach dyktatury
generała Manuela Apolinario Odrii. Tematem przewodnim powieści jest
system polityczny, kulisy władzy w czasach dyktatury rządowej i jej
wpływ na życie ludzi.
Jednym z głównych, również najważniejszym i najciekawszym z bohaterów
jest Santiago Zavalita, młody człowiek, który dobrowolnie rezygnuje z
bogactwa, przerywa studia, nie chce kształcić się na prawnika, tym samym
rozczarowując ojca, buntując się przeciwko niemu, aby pracować jako
dziennikarz w lokalnej gazecie za marne grosze. Panujący w kraju system
polityczny budzi w nim odrazę.
Ciekawym wątkiem jest także historia miłosna służącej Amali i szofera
Ambrosio, lecz wątek miłosny tych dwojga nie ma cech wyrazistości,
blednie na tle innych historii miłosnych. Jednymi z głównych i zarazem
najbardziej wyrazistych i odznaczających się postaci jest postać kobiety
upadłej "Muzy" i jej kochanka don Cayo Bermudeza.
Podsumowując powieść warta przeczytania, ale nie jest to powieść dla
wszystkich, temat dość ciężki (uważam, że polityka jest zawsze trudnym
tematem), forma książki świetnie skonstruowana, atutem są liczne,
ciekawe i bardzo wyraziste postacie. Książka trudna, ale
satysfakcjonująca!
29.03.2014
"Znaleziony" - Nadine Gordimer
Laureatka Nagrody Nobla - Nadine Gordimer na kartach książki opowiada historię miłości pozornie niemożliwej. Młodej, białej kobiecie psuje się auto. Trafia do warsztatu, gdzie poznaje mechanika. Nawiązują znajomość, której skutki okażą się burzliwe i nieprzewidywalne, a każde z nich będzie stopniowo zmieniać swoje zdanie na temat drugiego.
Do czego zmusić nas mogą niezwykłe okoliczności?
Akcja powieści dzieje się w towarzyskich kręgach południowoafrykańskiego miasta i arabskiej wiosce na pustyni. ZNALEZIONY to historia o obrzędach przejścia, jakimi są doświadczenia emigracji, które miłość pokona tylko wtedy, gdy będzie istnieć nawet po odrzuceniu wszystkiego, co uznajemy w życiu za pewnik.
Nowe spojrzenie na stare zagadnienia tożsamości, przynależności i prawa do poszukiwania lepszego życia.
Żywiołowa, błyskotliwa, głęboko wzruszająca powieść.
Czarna okładka z materacem na
którym widzimy pomięte prześcieradło. Czego się spodziewać po takiej okładce?
Wielka niewiadoma. Czego się spodziewać? Nie wiem. Powieść laureatki Nagrody
Nobla, chociaż od jakiegoś czasu uważam, że nagroda ta została zdeprecjonowana,
to jednak coś znaczy. Jednak bez
szczególnych oczekiwań zaczynam czytać. Czyta się szybko. Za szybko. Wyjątkowa książka, chociaż
przecież tematyka nie jest odkrywcza.
Akcja zaczyna się w Republice Południowej
Afryki, kraju pełnego kontrastów. Ludzie albo przymierają głodem, albo są jak
Midas. Chociaż jakaś tam klasa średnia
jest, przy czym klasę średnią od niższego poziomu dzieli przepaść. Dodatkowym
kryterium podziału jest kolor skóry. W tym świecie pełnym przeciwieństw żyje
Julie, pochodzi z zamożnej rodziny, jednak z matką – która ma nowego męża i
ojcem – też znowu się ożenił, ma raczej chłodny kontakt. Najcieplejsze uczucia
wiążą ją ze stryjem, znanym ginekologiem, przez całe dzieciństwo marzyła by to
on był jej ojcem. Gdy jej samochód niespodziewanie psuje się na środku ulicy,
dziewczyna nie przypuszcza, że właśnie w ten sposób odmienia się jej życie.
Trafia do zakładu w którym naprawia się samochody i… spotyka milość swojego
życia.
Cukierkowo i mdło?
Oj zdziwicie się. Jej wybranek
okazuje się być nielegalnym imigrantem, to znaczy kiedyś wjechał do kraju
legalnie, ale zdecydowanie przekroczył czas na jaki dostał wizę, toteż obecnie
pod fałszywym nazwiskiem, pracuje na czarno i za bezcen u właściciela warsztatu. Zaczyna się niepozornie, jednak znajomość
stopniowo się rozwija, stają się kochankami, ale czy to miłość? Ich relacja
przejdzie ciężką próbę, gdy RPA zorientuje się, że na terenie kraju przebywa
nielegalny imigrant. Co zrobi Julie? I
czy związek ludzi z dwóch różnych światów ma sens.
O takich związkach pisanych było
dziesiątki książek. Zwykle niemądra Europejka, lub Amerykanka, zakochiwała się
w rdzennym Afrykańczyku i postanowiła postawić na siłę uczucia, na przekór
rozumowi. Pojawiał się motyw wyzysku, groźby utraty dzieci. Problem odmiennych
kultur i niechęć mężczyzny do zmiany, ba do zaakceptowania konieczności zmiany.
Mężczyzna pustyni jest twardy, miłość dla niego to abstrakcja, kobieta ma
rodzić dzieci i paść kozy. Gdybym dostała książkę w ten deseń, wyleciałaby
przez okno z hukiem tłuczonego szkła. Mam alergię na historie o głupich
laluniach, które sądzą, że ich ładna buzia wygra z wychowaniem, kulturą i
poglądami w których wyrośli ich faceci. Dawno przestało mi ich być żal. Teraz,
co najwyżej, patrzę z politowaniem.
Na szczęście ta książka jest
inna Julie nie jest Europejką, ma pewne pojęcie o realiach, chociaż świat
jej i „Romea” różni się znacznie, ona nie zaznała biedy, żyje na własny
rachunek, beztrosko bawi się i spędza czas z przyjaciółmi, on walczy o
przetrwanie i chce zapewnić rodzicom spokojną starość. Jak długo pozostają w
RPA ich koegzystencja jest w miarę zgodna, czy jednak dalej tak będzie gdy
Julie porzuci swój świat i uda się z ukochanym na wygnanie?
Książka jest napisana w
specyficzny sposób, narracja przypomina mi nieco styl Wiesława Myśliwskiego, rzeczowe
zdania, zawsze w trzeciej osobie. Budowany w ten sposób niesamowicie
kontrastuje z intymnością spraw, których dotyczy.
Kasiek - http://kasiek-mysli.blogspot.com
27.03.2014
"Odruch serca" Toni Morrison
Ameryka Północna XVII wieku. Początki kolonizacji brytyjskiej. Zbiorowisko wszelkiej maści wyznawców odłamów chrześcijańskich, nieakceptowanych i odrzucanych na starym lądzie. Niewolnictwo, ciężka fizyczna praca, ale i wielkie perspektywy. Z tym wszystkim próbuje się zmierzyć Jacob Vaark. Zakłada farmę w Nowym Jorku, sprowadza z Europy kobietę, która będzie mu żoną, gospodynią i matką jego dzieci. Próbuje normalnie żyć. Nie daje się uwikłać w żadną religię, nie trudzi się niewolnictwem, szanuje każdego napotkanego człowieka. Brzydzi się Europami, którzy bogacą się kosztem innych. Prawie ideał. Jacob Vaark.
Ale nie o nim ta historia, a o czterech kobietach, które połączyła jego osoba. To opowieść o jego żonie Rebece, o trudnej roli, jaka została jej przydzielona w tym dziwnym świecie, o jej młodości i trudach podróży na nowy kontynent. O tym, jak pragnęła normalnej rodziny, lecz nieustanne przeciwności losu stawiały przed nią coraz trudniejsze przeszkody.
Ale nie o nim ta historia, a o czterech kobietach, które połączyła jego osoba. To opowieść o jego żonie Rebece, o trudnej roli, jaka została jej przydzielona w tym dziwnym świecie, o jej młodości i trudach podróży na nowy kontynent. O tym, jak pragnęła normalnej rodziny, lecz nieustanne przeciwności losu stawiały przed nią coraz trudniejsze przeszkody.
Ciąg dalszy TUTAJ :) zapraszam!
"Jak ryba w wodzie" Mario Vargas Llosa
"Jak ryba w wodzie" to rozwijające się dwutorowo wspomnienia noblisty.
Po pierwsze - mamy rzetelną powtórkę z życiorysu od najwcześniejszych
wspomnień z dzieciństwa do wyjazdu za granicę na studia doktoranckie w
wieku lat dwudziestu kilku. Bardzo logicznie wyznaczona granica. Wtedy
właśnie umarł Mario, narodził się Pisarz. Brzmi śmiesznie? Młody Vargas
Llosa od wczesnych lat był przekonany, że osiągnąć coś w życiu można
tylko wtedy, jeśli opuści się Peru i wyjedzie np. do Paryża, że TEN KRAJ
podcina mu skrzydła, że rozwinąć będzie je mógł dopiero w jakimś
miejscu nieco wyższym cywilizacyjnie?
Brzmi znajomo?
W przypadku młodego MVL coś jednak było na rzeczy. Rzeczywiście, za
granicą najwyraźniej wziął się do roboty, gdyż kolejne świetne książki
zaczęły się sypać jak z rękawa (przed ukończeniem 30-tki powstały
"Miasto i psy" i "Zielony dom", a jeśli ktoś kiedyś zaglądał, to wie, że musiały być raczej pracochłonne).
18.03.2014
"Aby zbawił, co było zginęło" Françoisa Mauriaka
"Aby zbawił, co było zginęło" to krótka powieść napisana przez noblistę Françoisa Mauriaka. Akcja jej toczy się w okresie międzywojennym w Paryżu, a głównymi bohaterami są małżonkowie Hervé i Irena, Marcel i Tota oraz młodziutki brat Toty, Alain.
Hervé i Marcel przyjaźnili się kiedyś ze sobą, ale ostatnio ich kontakty mocno się rozluźniły. Doszło do tego, że Marcel zataił wiadomość o swoim ślubie. Hervé nie umie się z tym pogodzić. Dalszy ciąg recenzji na moim blogu.
16.03.2014
Komu bije dzwon Ernest Hemingw
Żaden
człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu,
część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie
pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich
przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie,
albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu
bije dzwon: bije on tobie.
Od kiedy poznałam ten piękny tekst byłam przekonana, iż jego autorem jest Ernest Hemingway. Tymczasem napisał go John Donne (niemal rówieśnik Szekspira, angielski poeta i kaznodzieja)
Geneza lektury:
-sentyment związany z okolicznościami, w których po raz pierwszy czytałam powieść (piękne, słoneczne lato na wyspie Afrodyty, wiatr we włosach, ktoś miły sercu u boku).
- odwiedziny w Katedrze Św. Pawła w Londynie, gdzie znajduje się nagrobek Johna Donna twórcy tekstu, którego fragment posłużył za tytuł powieści .
Moje wspomnienia sprzed lat wywołują sentyment, którego dziś nie potrafiłabym wytłumaczyć, czy spowodował je klimat powieści, czy też aura wakacyjnego romansu. Kiedy młode dziewczę czyta o tym, jak to się ziemia zatrzęsła młodym kochankom podczas ich miłosnego aktu to mało więcej go obchodzi proza życie, walka czy śmierć. Młode dziewczę śledzi losy kochanków i marzy o tym, aby i pod nim zatrzęsła się kiedyś ziemia. Kiedy czyta dojrzała kobieta, w dodatku czyta, w całkiem innych okolicznościach przyrody, ze zdziwieniem stwierdza, iż wątek romansowy jest najsłabszym ogniwem powieści.
Robert Jordan, amerykański wykładowca, weteran wcześniejszych walk, przybywa do Hiszpanii, aby wspomóc w wojnie domowej siły rewolucji walczące z prawicową opozycją. Na rozkaz generała Goltza podejmuje się zadania, które wydaje się z góry skazanym na niepowodzenie. Jordan zgłasza się do bandy Pabla, aby wraz z nią wysadzić most. Cztery dni przygotowań do walki stają się dlań esencją życia, podczas tego krótkiego czasu musi doznać wszystkiego, co w życiu najważniejsze. Dzieje się niewiele, a jednak, kiedy nadchodzi dzień wysadzenia mostu mamy wrażenie jakby nieustannie coś się działo. W oczekiwaniu na wykonanie zadania i podczas przygotowań do niego Jordan wysłuchuje opowieści członków bandy Pabla. Każda z nich jest przejmująca i dramatyczna, tym bardziej, iż opowiadane są w sposób pozbawiony emocji, językiem prostym, dosadnym, nie pozbawionym hiszpańskim zwrotów i wulgaryzmów. I o ile dosadność języka jest jak najbardziej usprawiedliwiona to trochę brakuje tłumaczeń. O walce, okrucieństwie, bólu, gwałcie, zabijaniu mówi się tak jak o zwykłych codziennych czynnościach (jedzeniu, piciu czy spaniu). Pogodzenie się ludzi z ostatecznością jest porażające. O śmierci opowiada się tutaj, jak o przejściu na drugą stronę rzeki, ona i tak nastąpi, prawdopodobnie wcześniej niż później, więc nie ma sensu się nad nią dłużej rozwodzić. Ważne jest tylko, aby nie cierpieć, no i żeby odejść z honorem.
Lepiej jest umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach.
Umieranie jest straszne tylko wtedy, kiedy trwa długo i jest tak bolesne, że upokarza człowieka.
Zarówno Jordan, jak i jego współtowarzysze snują rozważania nad
sensem walki, życia i śmierci. Członków bandy spotkało już chyba każde
okrucieństwo, jakie może spotkać człowieka, dlatego rozmowy na temat
umierania oraz samobójstwa będącego ucieczką od tortur i upokorzenia nie
są tu niczym niezwykłym. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż
okrutni są jedynie tamci, obcy, wrogowie (faszyści, nacjonaliści).
Towarzysze Pabla niejedno mają na sumieniu, a poziom ich okrucieństwa
nie ustępuje okrucieństwu przeciwników. W pewnym momencie jeden z nich
uświadamia sobie, iż tamci są tak samo niewinni (a może tak samo winni)
jak oni, bowiem nie mieli żadnego wpływu na to, po której stronie się
znaleźli. Mimo, iż pozornie niewiele się dzieje to czyta się dobrze i
szybko, jedynie wewnętrzne monologi Jordana, w których prowadzi dyskusję
sam ze sobą (zwracając się do siebie w drugiej osobie (ty)) momentami
nużą, a nawet irytują z powodu ich rozwlekłości i tego, że niewiele
wnoszą do treści. Nigdy
niczego sobie nie wmawiaj na temat miłości. Po prostu większość ludzi
nie ma szczęścia tego przeżyć. Sam jeszcze nigdy tego nie miałeś, a
teraz masz. To, co masz z Marią – obojętne, czy będzie trwało przez dziś
i kawałek jutra, czy przez całe długie życie – jest najważniejszą
sprawą, jaka może się zdarzyć człowiekowi. Zawsze znajdą się tacy,
którzy będą twierdzili, że to nie istnieje, ponieważ sami nie mogą tego
zaznać. Ale ja ci powiadam, że to jest prawdziwe, że to już masz i że
spotkało cię wielkie szczęście, nawet gdyby ci jutro przyszło umrzeć.
O wiele ciekawsze wydawały mi się rozmyślania pomocnika Roberto – starego Anselmo.
Postacie prezentują zróżnicowane typy charakterów, jednak poza Pablem (jedynym zdecydowanie negatywnym bohaterem i najciekawiej zarysowaną postacią) pozostali bohaterowie są trochę mało wiarygodni psychologicznie. Nieco irytowała mnie Maria. Jej uległość wobec kochanego mężczyzny jest aż przykra.
Rozczarowuje (choć dawniej zachwycał) wątek miłosny, bo z jednej
strony mamy młodziutką, doświadczoną przez los dziewczynę, która nie
zdążywszy otrząsnąć się z traumatycznych doświadczeń wskakuje do śpiwora
ledwie co poznanego Roberta i ślubuje mu wiernopoddańczy związek, a z
drugiej młodego wojownika, który mając świadomość, iż to, co przeżyje z
Marią podczas tych czterech dni może być czymś najważniejszym (i
ostatnim) w jego życiu traktuje dziewczynę wyłącznie, jako obiekt
pożądania i mimo, iż i jemu się ziemia zatrzęsła, to trudno się tu
dopatrzeć nie tylko uczucia, ale i gwałtownej namiętności.
Geneza lektury:
-sentyment związany z okolicznościami, w których po raz pierwszy czytałam powieść (piękne, słoneczne lato na wyspie Afrodyty, wiatr we włosach, ktoś miły sercu u boku).
- odwiedziny w Katedrze Św. Pawła w Londynie, gdzie znajduje się nagrobek Johna Donna twórcy tekstu, którego fragment posłużył za tytuł powieści .
Moje wspomnienia sprzed lat wywołują sentyment, którego dziś nie potrafiłabym wytłumaczyć, czy spowodował je klimat powieści, czy też aura wakacyjnego romansu. Kiedy młode dziewczę czyta o tym, jak to się ziemia zatrzęsła młodym kochankom podczas ich miłosnego aktu to mało więcej go obchodzi proza życie, walka czy śmierć. Młode dziewczę śledzi losy kochanków i marzy o tym, aby i pod nim zatrzęsła się kiedyś ziemia. Kiedy czyta dojrzała kobieta, w dodatku czyta, w całkiem innych okolicznościach przyrody, ze zdziwieniem stwierdza, iż wątek romansowy jest najsłabszym ogniwem powieści.
Robert Jordan, amerykański wykładowca, weteran wcześniejszych walk, przybywa do Hiszpanii, aby wspomóc w wojnie domowej siły rewolucji walczące z prawicową opozycją. Na rozkaz generała Goltza podejmuje się zadania, które wydaje się z góry skazanym na niepowodzenie. Jordan zgłasza się do bandy Pabla, aby wraz z nią wysadzić most. Cztery dni przygotowań do walki stają się dlań esencją życia, podczas tego krótkiego czasu musi doznać wszystkiego, co w życiu najważniejsze. Dzieje się niewiele, a jednak, kiedy nadchodzi dzień wysadzenia mostu mamy wrażenie jakby nieustannie coś się działo. W oczekiwaniu na wykonanie zadania i podczas przygotowań do niego Jordan wysłuchuje opowieści członków bandy Pabla. Każda z nich jest przejmująca i dramatyczna, tym bardziej, iż opowiadane są w sposób pozbawiony emocji, językiem prostym, dosadnym, nie pozbawionym hiszpańskim zwrotów i wulgaryzmów. I o ile dosadność języka jest jak najbardziej usprawiedliwiona to trochę brakuje tłumaczeń. O walce, okrucieństwie, bólu, gwałcie, zabijaniu mówi się tak jak o zwykłych codziennych czynnościach (jedzeniu, piciu czy spaniu). Pogodzenie się ludzi z ostatecznością jest porażające. O śmierci opowiada się tutaj, jak o przejściu na drugą stronę rzeki, ona i tak nastąpi, prawdopodobnie wcześniej niż później, więc nie ma sensu się nad nią dłużej rozwodzić. Ważne jest tylko, aby nie cierpieć, no i żeby odejść z honorem.
Lepiej jest umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach.
Umieranie jest straszne tylko wtedy, kiedy trwa długo i jest tak bolesne, że upokarza człowieka.
Zarówno Jordan, jak i jego współtowarzysze snują rozważania nad
O wiele ciekawsze wydawały mi się rozmyślania pomocnika Roberto – starego Anselmo.
Postacie prezentują zróżnicowane typy charakterów, jednak poza Pablem (jedynym zdecydowanie negatywnym bohaterem i najciekawiej zarysowaną postacią) pozostali bohaterowie są trochę mało wiarygodni psychologicznie. Nieco irytowała mnie Maria. Jej uległość wobec kochanego mężczyzny jest aż przykra.
Podobało
mi się natomiast ciekawe, a jednak czytelne zakończenie powieści, taki
brak kropki nad i pozostawiający pewien margines niedopowiedzenia.
Mimo wszystkiego co napisałam powyżej, uważam, Komu bije dzwon za dobrą książkę i dlatego polecam.
Moja ocena 4/6
Moja ocena 4/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)




