16.03.2016

Zagubiony autobus - John Steinbeck

Autor – John Steinbeck
Tytuł – Zagubiony autobus
Tytuł oryginału - The wayward bus
Przekład – Andrzej Nowicki
ISBN 978-83-8069-148-3
Steinbeck opisuje podróż autobusem po drogach Kalifornii. W autobusie spotykają się przypadkowi pasażerowie, każdy z nich jest inny i każdy ma do powiedzenia swoją historię. Spotykamy tu ludzi chciwych, skąpych, intelektualistów, marzycieli, pięknych i brzydkich, głupich i dobrodusznych. Poznajemy ich marzenia i troski, stosunek do życia i drugiego człowieka.
Zagubiony autobus to powieść, w której nie ma wyraźnego głównego bohatera. Wszyscy są dla tej książki równie ważni i mniej więcej tyle samo uwagi poświęcił Steinbeck każdemu z nich. Siedmiu pasażerów, kierowca, pomocnik i jego żona. Dziesięć osób, z których każdy ma swoją historię, oczekiwania, marzenia.

Ucieleśnienie spokoju, kierowca Juan Chicoy; znerwicowana i sfrustrowana żona Juana, Alice; dziewczyna z głową w chmurach, Norma, pomoc w barze, później jedna z pasażerek autobusu; Ed Carson, smukły siedemnastolatek,  zwany Kitem lub Pryszczem, od ropiejących krost i wrzodów na twarzy; prezes spółki akcyjnej Elliott Pritchard; jego wiecznie utyskująca żona Ellen i wyzwolona córka Mildred; młoda kobieta o tajemniczej przeszłości, Camille Oaks; zabawny, niski mężczyzna o twarzy młodego psa, handlarz śmiesznym towarem, Ernest Horton i widzący wszystko w czarnych barwach Van Brunt. Oto dziesięć osób – uczestników dramatu, które zostało zmuszonych do przebywania w swoim towarzystwie dłużej, niż sądziło. Wszyscy oni, oprócz Alice, znaleźli się w owym autobusie, zwanym „ukochana” – „Sweetheart”.
Na wielkiej autostradzie przecinającej Kalifornię z północy na południe, w odległości czterdziestu dwóch mil od San Ysidro znajduje się skrzyżowanie dróg zwane od przeszło osiemdziesięciu lat Rebel Corners (…) Kto chce dostać się w głąb lądu na wybrzeże musi jechać drogą, która zaczyna się przy Rebel Corners, wije się przez wzgórza, pustkowia, pola uprawne i góry – aż dochodzi w samym środku miasta San Juan de la Cruz do autostrady wiodącej na wybrzeże.
Właśnie taką drogę albo raczej takie ostępy, ze względu na rzadkość użytkowania tejże trasy, będą musieli przebyć bohaterowie Zagubionego autobusu. W autobusie spotykają się przypadkowi pasażerowie, każdy z nich jest inny i opowiada nam  swoją historię. Mamy tutaj ludzi ładnych i brzydkich, i nie chodzi tylko o fizjonomię. Spotykamy egoistów i dobre dusze; ludzi intelektu i idealistów, marzycieli;  przygłupich i błyskotliwych. Poznajemy ich oczekiwania względem życia na odległą i niedaleką przyszłość. Steinbeck zafundował nam, czytelnikom, całościowy przekrój amerykańskiego społeczeństwa. Ale czy tylko amerykańskiego? Na pewno każdy z nas, umieszczony w takim autobusie, pokazałby swoją drugą naturę, nie tylko maskę zakładaną na co dzień.
John Steinbeck uhonorowany został literacką Nagrodą Nobla. Otrzymał ją za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw socjalnych”. Odzwierciedleniem tego jest między innymi właśnie Zagubiony autobus, gdzie nie brak i umiarkowanego humoru, i ogólnospołecznego postrzegania. W wykładzie noblowskim Steinbeck wiele miejsca poświęcił długowi, jaki każdy pisarz ma wobec społeczeństwa: musi on nie tylko pokazywać ludziom ich błędy, ale także powinien oddawać wielkość ich ducha.
Jak wiele innych powieści Steinbecka i ta została sfilmowana. Miało to miejsce w 1957 roku, reżyserią zajął się Victor Vicas. W filmie wystąpili: Jayne Mansfield, Robert Bray, Joan Collins, Dan Dailey.
Zagubiony autobus znanego wszystkim amerykańskiego noblisty jest świetnie napisaną powieścią drogi. Podróż w ekstremalnych warunkach lejącego deszczu po rozmokłych bocznych drogach Kalifornii, gdzie nie wiadomo, co czeka za zakrętem. Rewelacyjnie napisane studium ludzkiej natury. Steinbeck jawi się jako niesamowicie dobry obserwator ludzi i otoczenia. Każdy ma swoje racje, odmienny światopogląd, każdy z coraz większą swobodą zdradza swoje prawdziwe, głęboko skrywane oblicze.

Już niedługo przetoczy się fala deszczu – chcecie zająć miejsce w autobusie?

6.03.2016

Lochy Watykanu Andre Gide



Autor i jego książka wpisany był swego czasu przez Kościół na Indeks ksiąg zakazanych; któż tam zresztą nie figurował. Najświetniejsze umysły zeszłych stuleci, z moich ukochanych Francuzów choćby Balzak, Flaubert, Hugo, Zola (a to tylko parę nazwisk). Swoją drogą ciekawe czy kiedyś zamieszczenie nazwiska na Indeksie było tak samo dobrą reklamą dla książki i jej autora, jak dziś są negatywne wypowiedzi przedstawicieli Kościoła na temat jakiegoś filmu. Myślę, że tak, bo natura ludzka lubi być przekorna i człowiek sięgnie po owoc zakazany prędzej niż po książkę, o której istnieniu bez tego zakazu nawet by nie wiedział. 
W naszych czasach może zadziwiać powód ujęcia książki na indeksie, ale w roku jej wydania (ponad sto lat temu) pisanie o obojętności duchownych na krzywdę ludzką i wykorzystanie cudu nawrócenia dla potrzeb ideologii było jak policzek wymierzony najwyższym władzom duchownym. 
Lochy Watykanu kojarzą mi się z Pustelnią Parmeńską Stendhala w sposobie opisu, klimacie, narracji, ale o ile tamta lektura nieco mnie wynudziła, o tyle tę czytało mi się wyjątkowo lekko. 
Sama historyjka nie jest może wielce zajmująca, ale podobnie, jak u Stendhala jest tutaj opis życia zarówno mniej zamożnej prowincji, jak i arystokracji, jest porwanie (choć fałszywe), jest intryga i próba uwolnienia rzekomego zakładnika. 
Ale to wszystko to tylko tło, bo najważniejsi są bohaterowie.
Jakież wspaniałe typy ludzkie i jak pięknie opisani - trochę ironicznie, trochę żartobliwie, trochę sarkastycznie. Począwszy od drugoplanowej bohaterki - Małgorzaty – żony Juliusa męczennicy z wyboru, której „nieszczęściem życie nie przynosi nic złego, mając od życia samo dobre, jej zdolność mężnego znoszenia cierpień zmuszona jest szukać pokarmu w małych przeciwnościach; korzysta z najdrobniejszych rzeczy, aby zyskać jakąś rankę, zaczepia się i kaleczy o wszystko” (str.29), poprzez Armanda - Dubois, który odnajdując wiarę traci powodzenie życiowe, a poznając prawdę o fałszywym papieżu znowuż tę wiarę porzuca nie chcąc być wystrychniętym na dudka (bo a nuż okaże się, że Pan Bóg też jest fałszywy), aż po Juliusa Baraglioul, który "żyjąc cnotliwie nie ma nic przeciwko życiu w dostatku, bo choć fałszywe dobra odwracają od Boga, to koniec końców należą się one żyjącym zgodnie z wiarą Kościoła", bo „niechże Kościół uczy gardzić nimi, ale niech ich nie pozbawia” (str. 127), czy wreszcie „można być doskonałym chrześcijaninem, nie lekceważąc korzyści związanych z pozycją, w jakiej Bogu spodobało się nas pomieścić” (str. 248). I credo Juliusa „dusze najbezinteresowniejsze nie są koniecznie najlepsze - w katolickim znaczeniu słowa; przeciwnie, z punktu widzenia katolickiego dusza najlepiej urobiona jest ta, która najlepiej prowadzi swoje rachunki” (str. 187). Myślę, że pogląd ten nadal podziela całkiem spora część duchowieństwa (niestety). 
No i w końcu postać Lafcadia, która nasuwała skojarzenie z Dorianem Greyem Wilda. I choć pozornie zupełnie inni, tamten chciał czerpać z życia pełnymi garściami folgując swoim namiętnościom w poczuciu bezkarności, ten nie ma żadnych pragnień, jest znudzony życiem, szuka czegoś, co zapewni mu podnietę, pobudzi go do życia. „Wychowywany” (albo raczej wykorzystywany) przez kochanków matki bękart jest amoralny, wydaje się, że spróbował już wszystkiego, a życie upływa mu bez celu. Wegetuje i wtedy, kiedy nie ma na talerz zupy i wówczas, kiedy otrzymuje pieniądze ze spadku po ojcu. Pewnego dnia pod wpływem impulsu postanawia zabić człowieka, ponieważ taki pomysł wpadł mu do głowy, więc chce się przekonać, czy będzie umiał tego dokonać i co będzie dalej. „Zresztą, nie tyle wypadków jestem ciekawy, ile siebie samego. Niejeden, który uważa się za zdecydowanego na wszystko, w obliczu czynu cofnie się… Jakże daleko jest od wyobrażenia do faktu”(str. 205). 
A kiedy swój zamysł zrealizuje największą odrazą napełnia go fakt, iż zbrodnia mogłaby zostać przypisana komuś innemu. 
Ale czyż postępek Lafcadio spotyka się z potępieniem "uczciwego" Juliusa - nie, bo przecież policja znalazła już sprawcę, więc Lafcadio lepiej by zrobił siedząc cicho. 
Powieść zawiera też humorystyczny element, jest nim farsowy opis przygód Amadeusza, który niczym Don Kichot na walkę z wiatrakami wyrusza uwolnić z opresji papieża. Biedny, naiwny, prostoduszny człowieczek, któremu przyjdzie zapłacić najwyższą cenę za swą chęć niesienia pomocy. 
Lochy Watykanu to dla mnie książka o obłudzie, wierze podporządkowanej potrzebom chwili. Antym wierzy, dopóty, dopóki jest nadzieja, iż dzisiejsza wiara da mu lepsze życie przyszłe, a także dopóty, dopóki wiara daje nagrodę w pozbyciu się kalectwa, Julius wierzy, bo jego wiara nie wymaga wyrzeczeń, z łatwością godzi potrzebę duszy z dostatnim poziomem życia. 
To także książka o genezie zbrodni, a może raczej; o bezkarności i karze. Lafcadio twierdzi, iż nie boi się wyrzutów sumienia, a jednak mówi, że „żył nieświadomie, zabił jak we śnie, to koszmar, w którym się szamocze od tego czasu” (str.260). Jest w tym coś z Dostojewskiego. 
To bardzo udane pierwsze spotkanie z pisarzem.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się na blogu moje podróże oraz została zamieszczona na blogach Francuska kawiarenka literacka i klasyka literatury popularnej.

8.02.2016

Marie jego życia (o kobietach Sienkiewicza) Barbara Wachowicz


Kobiety w życiu artysty to temat ciekawy, w życiu pisarza arcyciekawy. Zwłaszcza, jeśli pisarz związany był z wieloma. Co prawda pięć Marii w życiu Sienkiewicza w dzisiejszych czasach to zaledwie pięć, w czasach jemu współczesnych to aż pięć, zważywszy, że trzy z nich zostały jego żonami. Czy zatem miał szczęście w miłości, czy raczej pecha nasz pierwszy noblista. 
Na przeszkodzie zawarcia związku z pierwszą Marią (Kellerówną) stanęli rodzice, którym nie odpowiadała pozycja społeczna debiutującego literata, śmiałość (a może odmienność) poglądów, a także podejrzenie „związku” z aktorką Heleną Modrzejewską. 
Drugą Marię (z Szetkiewiczów) co prawda poślubił, ale szczęście trwało krótko. Wątłego zdrowia Marynia obdarzywszy go dwójką dzieci poważnie się rozchorowała i po kilkunastu miesiącach zagranicznych kuracji obumarła go nieboga. 
Trzecia Maria (Romanowska – Wołodkowiczowa) za sprawą swej przybranej matki ściągnęła na znanego już pisarza odium skandalu porzucając w sześć tygodni po ślubie. 
Czwarta Maria (Radziejowska) sama nie bardzo wiedziała, czego pragnie, najpierw unikając pisarza, a kiedy zdała sobie sprawę ze swoich uczuć On był już zajęty inną. 
I w końcu piąta Maria (Babska) daleka kuzynka stała się wierną towarzyszką ostatnich lat życia pisarza, zapewniając mu oparcie i będąc podporą, wierną towarzyszką życia, opiekunką jego dzieci, gospodynią w Oblęborku. 
Czy zatem można powiedzieć, iż pisarz miał pecha lokując swe uczucia tak niefortunnie. Wszak wszystkie (może poza Romanowską, pierwowzorem Linettki Castelli z Rodziny Połanieckich) darzyły go uczuciem. 
Tyle, że na przeszkodzie tych uczuć stawali a to rodzice, a to choroba, a to niezrównoważenie panny. 
Pani Barbara która pisarza darzy wręcz uwielbieniem ubolewa, że nie trafiła mu się miłość wielka i romantyczna, miłość, jaka stała się udziałem jego literackich bohaterów; Kmicica i Oleńki, Petroniusza i Eunice, Marka Winicjusza i Liwii, czy choćby Połanieckiego i Maryni. 
Książka powstała w wyniku analizy listów, pamiętników oraz wspomnień członków rodziny Sienkiewicza, przyjaciół oraz krewnych jego wybranek serca. Wiele tu ciekawostek, odniesień do literackich bohaterów, trochę historii. Trzeba docenić dociekliwość autorki w poszukiwaniu źródeł. Czytało mi się dobrze, aczkolwiek nie tak dobrze, jak Czas nasturcji. Być może z powodu sposobu wplatania cytatów w treść fabuły, w taki sposób, że trudno było mi oddzielić gdzie kończy się cytat, a gdzie zaczyna treść. Może też dlatego, że cytaty pozbawione są przypisów. Zauważyłam też niekonsekwencję w stosowaniu obcojęzycznych zwrotów, niektóre zostały przetłumaczone na polski, inne pozostały wyłącznie w oryginalnej wersji językowej. Ale to taka drobna przeszkoda, bowiem książkę (ok. 400 stron) przeczytałam w dwa dni. 
Tym, co raziło mnie w osobie pisarza były zdrobnienia. Sienkiewicz miał denerwującą manierę stosowania zdrobnień; pełno tu kociątek, rączętek, nóżynieczek, pyszczeczków i innych niuniunieczków. 
Pomiędzy opisem uczuć (listy pisarza pełne wspomnianych wyżej spieszczeń) odnajdujemy informacje na temat; początków literackiej kariery, licznych podróży, funduszu im. Maryni na rzecz zagrożonych chorobą piersiową artystów, jego stosunku do Ojczyzny, odbioru nagrody Nobla. To one wzbudziły moje największe zainteresowanie, ale to uczucia i ich adresatki są głównym tematem książki. 
Największą sympatią autorki cieszy się pierwsza żona pisarza. 
Bez niej nie mielibyśmy może ani Ogniem i mieczem, ani Potopu, bo ich autorowi przyzwyczajonemu dotychczas do kilkunastu fejletonowych nowelek, zbrakłoby wytrwałości do napisania obszerniejszych rozmiarów powieści. Ona przytłumiła w nim tę pesymistyczną nutę, która dźwięczała zawsze trochę rozpaczliwie we wszystkich jego poprzednich utworach, ona rozpogodziła ten umysł, co zbyt czarno zaczął już na świat patrzeć: ona była największym na ziemi jego uczuciem, przyjaciółką, powiernicą, doradczynią, krytykiem i jedyną osobą, o której sąd i zadowolenie dbał istotnie (pisze za Antonim Zalewskim Str.197 Marie jego życia Wydawnictwo literackie Kraków 1973 r. wydanie II).
Ze wszystkich pięciu Marii najbardziej interesująca wydaje się druga żona pisarza. Intrygujące są motywy, jakimi kierowała się decydując się na małżeństwo, a następnie ucieczkę od męża podczas miodowego miesiąca. 
Cytując jej syna z drugiego małżeństwa nie odnajdujemy wyjaśnienia:
Jeszcze sześć lat przed ,śmiercią matka zapytana o Sienkiewicza mówiła o nim z wielkim uznaniem. Że genialny pisarz, wielki patriota i prawdziwy gentelman. Zapytałem;- Dlaczego wyszłaś za niego? Dla pieniędzy? Dla sławy? – Zaprzeczyła gorąco; Nigdy w życiu. (Str. 270) 
Może podobnie, jak Linettka Castelli była ona bezwolną marionetką w ręku swej opiekunki.
Sienkiewicz nie miał szczęścia w miłości (jedną stracił zbyt szybko, inną odnalazł zbyt późno), ale to one były jego natchnieniem i to także im zawdzięczamy Trylogię, Rodzinę Połanieckich, Quo vadis, Krzyżaków. 
A na koniec cytat dotyczący pojęcia starości na przestrzeni wieków, który zawsze bawi, zwłaszcza, kiedy jest się w podeszłym wieku:
Jest tu w Uffie właśnie niejaka Drozduczulska i choć niewiasta w podeszłym wieku (ma już 36 lat!!!), lecz o ślicznym głosie i „włoskiej metodzie” (str.131).
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. W bieżącym roku przypada setna rocznica śmierci naszego pierwszego noblisty, więc dobrze byłoby sobie go przypomnieć. Ja zamierzam sięgnąć po którąś z biografii. 
Czy możecie mi coś polecić?

28.12.2015

Idealne matki - Doris Lessing

Autor – Doris Lessing
Tytuł – Idealne matki
Tytuł oryginału – The Grandmothers
Przekład – Bohdan Maliborski
Wydawnictwo Wielka Litera
ISBN 978-83-64142-04-8
Lil i Roz są nierozłączne, mieszkają po sąsiedzku w pięknych domach nad brzegiem oceanu. Obie są samotnymi kobietami i obie mają nastoletnich, atrakcyjnych synów. Nieoczekiwany pocałunek niszczy ten przyjacielski układ i popycha bohaterów do uwikłania się w skandaliczne romanse, które trwają długie lata i niszczą wszystkich dookoła. A szczególnie tych, którzy są najbliżej.
Jak wielka jest miłość, która niszczy samych zakochanych?
Idealne matki, taki tytuł zastosowano na potrzeby filmu, który powstał na podstawie opowiadania Dwie kobiety. Doris Lessing, brytyjska pisarka, urodzona w Persji, laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2007 roku; jest autorką ponad czterdziestu książek. Od 1949 roku mieszka w Anglii.
Idealne matki to historia dwóch dziewczynek, nastolatek, młodych, a później dojrzałych kobiet i ich rodzin. Liliane/Lil i Rozeanne/Roz poznały się na rozpoczęciu roku szkolnego. Dwie śliczne blondyneczki z niebieskimi oczami, podobne do siebie jak siostry. Od tego momentu stały się prawie nierozłączne, ku uciesze ich rodziców, którzy dzięki nim się zaprzyjaźnili. Nieodmiennie przez całe dzieciństwo towarzyszył im szum morza i łagodny plusk fal.
Dziewczynki dorastały w świecie błękitu. Każda ulica kończyła się morzem, niebieskim jak ich oczy (…) a nad głowami miały błękitne niebo (…) a powietrze zawsze było tu słone.
Wkrótce dorosły, stały się nastolatkami. Gibka Lil świetnie dawała sobie radę w sporcie, a głośna i rozpierana przez energię Roz grała w szkolnych przedstawieniach. Na studia również poszły razem, Lil ze względu na sport, Roz na zespół teatralny. Po studiach wkroczyły odważnie w dorosły świat. A świat ten domagał się, aby dziewczyny w tym wieku były już zamężne i miały dzieci.
Były sobie tak bliskie, że choć wiodły prym w całkiem różnych dziedzinach, ich nazwiska i tak zawsze łączono. Żadna nie wdała się w wielkie, wykluczające tę drugą namiętności, zawody miłosne czy zazdrość.
Prawie w jednym momencie wyszły za mąż: Roz za Harolda, wykładowcę uniwersyteckiego, a Lil za Thea, właściciela sieci sklepów ze sprzętem sportowym. Oczywiste było, że zamieszkali przy jednej ulicy, naprzeciwko siebie. Urodziły zdrowych i ślicznych chłopców w odstępie tygodnia. Dosłownie jakby się zmówiły. Połączeni przez niezrozumiałą więź, stanowili jedną wielką szczęśliwą rodzinę. Co mogłoby się wydarzyć, aby zepsuć tę rodzinną sielankę? Przecież to niemożliwe, żeby wszystko było cały czas tak piękne i idealne.
Jeśli coś działa, nie naprawiaj.
Niby zwykła opowieść o dwóch prawie idealnych rodzinach, ale przedstawiona w sposób, który nie pozwala tej króciutkiej historii odłożyć na moment. Siadasz, czytasz i zachwycasz się tą prostą fabułą.  Od pierwszej strony, ba!, od pierwszego zdania treść wciąga bez reszty, a to świadczy li tylko o talencie i błyskotliwości autorki.
Idealne matki to historia idealnej-nieidealnej rodziny, a właściwie dwóch rodzin. Od samego początku czuje się, że coś wisi w powietrzu, że coś musi się stać, aby zaburzyć ten doskonały spokój. Autorka stworzyła sielankową opowieść o pięknych ludziach, którym wszystko się w życiu udaje, jednak podczas czytania zdajemy sobie sprawę z tego, że za chwilę nastąpi wielkie bum.
To opowiadanie, które Doris Lessing napisała w 2003 roku, czyli prawie u kresu swojego ziemskiego istnienia, jest bardzo przebojowe i odważne. Niestety znajdzie na pewno wielu przeciwników, ale ja uważam, że należy być otwartym na różne inności… Nawet na taką atypowość. Polecam lekturę opowiadania noblistki tym, którzy nie boją się wyzwań oraz tym, którzy chcą spędzić wolną godzinę z naprawdę dobrą literaturą.
Na podstawie opowiadania Lessing powstał w 2013 roku film w reżyserii Anne Fontaine. W rolach głównych wystąpili: Naomi Watts, Robin Wright, Xavier Samuel i James Frecheville. Widziałam zwiastun i jestem bardzo ciekawa tego filmu.

18.11.2015

"Uciekinierka" Alice Munro

Zbiór ośmiu opowiadań, dotyczących spraw kobiet. To one są bohaterkami każdego z nich. Romanse, życie bez ślubu i małomiasteczkowe wytykanie palcami z tego powodu, małżeństwo bez miłości-to tematy stare jak świat. Jednak Autorka próbuje wniknąć w psychikę swych bohaterek głębiej, niż w popularnych i lekkich czytadłach. To opowieści o uczuciach, odczuciach, mierzeniu się z samym sobą. Próbie zrozumienia siebie, a czasem ucieczki od siebie. Każda z kobiet znajduje się w sytuacji, która odmienia jej życie, musi podjąć decyzję, która odbija się echem przez wiele kolejnych lat. Z każdego opowiadania można wysupłać zdanie, nad którym chce się zastanowić w odniesieniu do własnych doświadczeń.
Narracja snuje się leniwie, jednak w każdym opowiadaniu jest jakiś punkt kulminacyjny, zwrotny, ostro zaznaczony.
Książka mnie nie porwała, nie zauroczyła. Co więcej, zabierałam się do niej kilka razy, po czym odkładałam na kilka miesięcy czy nawet lat...Nie lubię opowiadań jako formy, język pani Munro jakoś średnio do mnie dociera. Niektóre opowiadania, chociażby te, których bohaterką jest Juliet, czytałam z przyjemnością, przez inne trudno mi było przebrnąć, a były i takie, które porzuciłam w połowie...

13.11.2015

"Sprawa osobista" Kenzaburo Oe

 Ptak, główny bohater powieści japońskiego noblisty, zostaje wezwany do szpitala położniczego, gdzie jego żona urodziła właśnie ich pierwsze dziecko. Jednak nie wszystko poszło gładko. Chłopczyk jest "nienormalny", jak nazwał go dyrektor szpitala, ma przepuklinę mózgu i wygląda jakby miał dwie głowy. W latach 50-tych był to szok jeszcze większy niż dziś, dziecko traktowano jak ufoludka i wszyscy spodziewają się jego rychłej śmierci. Lekarze reagują na nie nerwowo-ironicznym chichotem. Sam Ptak obawia się nawet spojrzeć, podważa sens jakiejkolwiek operacji neurologicznej, ba, sugeruje, żeby przestać dziecko karmić, a tym samym przyspieszyć jego śmierć.
Opowieść trudna, mroczna, opiewająca samotność i wrażliwość głównego bohatera. Głęboka, sięgająca aż do dna emocji i sumienia. Momentami  wręcz obrzydliwa w swej realistyczności (szczegółowe opisy wymiotów Ptaka, jego kaca, czy dzieci na oddziale neurologicznym). Jednak warto przez nią przebrnąć. To wspaniałe studium psychologiczne człowieka, który stanął w obliczu tragedii, życiowego kryzysu. Otoczenie oczywiście mu współczuje, ale szybko się odwraca traktując przypadek "nienormalnego" dziecka jako osobistą sprawę Ptaka. Tak naprawdę 27-letni mężczyzna jest zupełnie niedojrzały, by sprostać rolom, jakie postawiło przed nim życie. Cały czas z nostalgią wspomina dawne lata i z wielkim żalem żegna marzenie o podróży do Afryki, czuje się zniewolony przez małżeństwo i właśnie narodzone ojcostwo.
Muszę przyznać, że zachowanie głównego bohatera nie raz budziło moją złość. Mężczyzna  nie odwiedził po porodzie swojej żony, a przecież i ona musiała być pogrążona w rozpaczy. Za to szukał ukojenia swoich emocji w alkoholu, w towarzystwie i ramionach dawnej przyjaciółki. Starałam się jakoś go zrozumieć, odczytać te reakcje jako sposoby na usilne poradzenie sobie ze swoją samotnością, przerażeniem, a nie jako akty totalnego egoizmu.
To chyba moje pierwsze spotkanie z literaturą japońską. Ale akcja powieści równie dobrze mogłaby być osadzona w każdym innym kraju, niewiele tu samej Japonii. Historia ma charakter autobiograficzny, jest to osobista opowieść ojca niepełnosprawnego dziecka.

Notka ukazała się również na moim blogu.

6.11.2015

"Czarnobylska modlitwa" Swietłana Aleksijewicz


Gdy odkładałam lekturę Aleksijewicz na później, zdawałam sobie sprawę, że, tak jak w przypadku wielu książek z mojego stosu, to zbrodnia. Dobrze, że Aleksijewicz dostała Nobla, dzięki nagrodzie wreszcie sięgnęłam po jej książkę i pewna jestem, że postaram się przeczytać wszystko, co napisała.
Czarnobylska modlitwa to taki typ lektury, który mnie najbardziej pociąga - poruszający, pouczający (wiem, że to słowo brzmi głupio, a może śmiesznie, ale to jest właśnie to, czego w książkach szukam), a przede wszystkim nie przekombinowany. Bez zbędnych zdań, efektów, ozdobników.

Dopiero podczas lektury tej książki zdałam sobie sprawę, jak mało o katastrofie w Czarnobylu wiedziałam, żeby nie powiedzieć, że właściwie nie wiedziałam nic. Moje wspomnienia ograniczają się tylko do płynu Lugola podawanego w szkole, a przecież wcale nie byłam taka mała. Mam wrażenie, że to wydarzenie wcale nie było dyskutowane lecz przyjęte z kolejnym wzruszeniem ramion wobec sprawy, na którą i tak nic nie można zaradzić, ale być może się mylę?

Aleksijewicz słucha Białorusinów, którzy mieli bezpośredni kontakt z elektrownią i wybuchem. Białorusinów właśnie, bo ten niewielki naród najbardziej wskutek katastrofy ucierpiał. O swoich przeżyciach, a przede wszystkim życiu po katastrofie opowiadają kobiety, mężczyźni, dzieci, ludzie prości i naukowcy, lekarze, strażacy i rolnicy. Każdy inaczej wspomina swoje przeżycia ale wszyscy są w kilku punktach tego samego zdania - ich życie zmieniło się po katastrofie kompletnie, brak informacji i wiara w siłę radzieckiego człowieka uśpiły czujność, a teraz czują się naznaczeni i pozostawieni sobie, ich trauma jest większa niż po wojnie. Ów powracający niemal w każdej opowieści homo sovieticus, tutaj określany jako radziecki człowiek, najbardziej mnie zainteresował. Dopiero dzięki tej książce zrozumiałam ten fenomen i zachowanie znanych mi Rosjan. Aż trudno uwierzyć, że można było wychować społeczeństwo na tak dalece oddane państwu, tak gotowe do poświęcenia swojego życia i tak zastraszone przez władzę, którą mógł być zaledwie bezpośredni zwierzchnik. To, co działo się po katastrofie nie mieści się w głowie normalnego człowieka - wysyłanie setek, tysięcy osób na pewną, potworną śmierć, zatajanie i prowizorka w imię nie wiadomo właściwie czego...

Czarnobylską modlitwę czytałam ponad tydzień (dopiero teraz z zaskoczenem odkryłam, że ma tylko 288 stron!), nie byłam w stanie przyjąć więcej niż jedną rozmowę na raz. Słowa raniły, emocje wdzierały się we mnie, a wyobraźnia szalała. Ta książka sprawiała mi niemal fizyczny ból. Mimo to uważam, że należy ją przeczytać, by zrozumieć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.