Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje - White. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje - White. Pokaż wszystkie posty

8.04.2016

Wiwisekcja - Patrick White.






      O twórczości Patricka White'a , australijskiego pisarza,  który w 1973 roku  otrzymał Nobla za „epickie i psychologiczne mistrzostwo, dzięki któremu odkryty został nowy literacki kontynent” dowiedziałam się czytając blogi książkowe, ale nie te z recenzjami nowości. Natknąwszy się więc na jego książki  w trakcie przeglądania półek w bibliotece od razu zwróciłam uwagę na intrygująco brzmiący tytuł jednej z nich. Bo czymże jest Wiwisekcja:

       -  doświadczalnym zabiegiem na żywym zwierzęciu
lub
      - szczegółową analizą czyjejś osobowości; krytyką.


W zasadzie w książce mamy do czynienia z jej obydwoma rodzajami, bo tej będącej doświadczalnym zabiegiem na żywym, wprawdzie nie zwierzęciu, ale na  stworzeniu, doświadczył  bohater książki Hurtle  jako sześcioletnie dziecko na sobie a przede wszystkim na swej psychice, gdy to matka, którą kochał bardzo, zdecydowała oddać go a raczej sprzedać za 500 dolarów zamożnej rodzinie Courtney'ów, by w ten sposób -  w swoim mniemaniu -  dać mu szansę na lepsze życie.  A tę drugą polegającą na obnażaniu w sposób wręcz okrutny słabości i braków innych uprawiał sam, w swoim w dużym stopniu  wynaturzonym malarstwie.  Bohaterem Wiwisekcji bowiem jest wpierw przyszły, bo poznajemy go jako sześcioletniego chłopca - nadzwyczaj inteligentnego, już potrafiącego i lubiącego czytać a jednak najbardziej zafascynowanego malarstwem i już próbującego swoje wizje uwieczniać chociaż na razie na ścianach  a później już artystą malarzem, który,  mimo iż obrazy jakie maluje są dziwne i niezrozumiałe, znajduje na swą twórczość  nabywców i  odnosi  sukces. Ale jako człowiek  jest egocentrycznym odludkiem, dla którego nie liczy się nic poza jego malarstwem, w którym dąży do wiernego oddania prawdy w idealnym świetle co można rzec jest jego obsesją, która sprawia, że jego obrazy powstają w ogromnym twórczym trudzie.  Niemniej to jak sam twierdzi dawało mu szczęście : "Ale co to znaczy szczęście? Szczęściem było malowanie pomimo wszystkich udręk i porażek".[*]
         Długo Wiwisekcję czytałam, gdyż  cały styczeń poświęciłam na wczytywanie się w te ponad 700 stron świetnej powieści, w której Patrick White snuje w niezwykle wnikliwy i sugestywny sposób opowieść  o egocentrycznym australijskim malarzu Hurtlu Duffieldzie, artyście pełnym sprzeczności  i niepokojów intelektualnych a także moralnych oraz ciągłych obaw nie o swoje życie, ale o swój dar malowania, w którym skupia się głównie na poszukiwaniu prawdy a to próbuje osiągnąć poprzez coraz to nowsze środki wyrazu.  Pisarz  w  niezwykle  naturalistyczny sposób potraktował opowieść o skomplikowanym życiu malarza i jego odbiorze świata zewnętrznego  a także jego męce twórczej  w jakiej jego wizje zamieniały się w dziwne a nawet szokujące obrazy.  To w pewnym sensie może nawet razić czytelnika, ale książka ma tak  specyficzną poetykę i klimat, że suma sumarum to wszystko sprawia, iż mimo że nie jest to łatwa literatura  dobrze się ją czyta i odbiera. A ta całą historia dość długiego życia bohatera naznaczonego  trudnymi relacjami z innymi, niezrozumieniem jakie odczuwał szczególnie jako dziecko i nastolatek oraz ciągłą walką wewnętrzną pozostaje na długo w pamięci.

        Można by wiele pisać o Wiwisekcji, bo to książka wielowątkowa ukazująca przekrój społeczny Australii na przełomie XIX i XX wieku i na tym tle bohatera, który wskutek przejść w czasie dzieciństwa i okresu dojrzewania zamyka się całkowicie na kontakty ze swoją biologiczną i przybraną rodziną i nigdy nie nawiązuje trwałych relacji z kobietami a dopiero u schyłku życia otwiera się na swą przybraną siostrę, która będąc kaleką zawsze budziła w nim sprzeczne uczucia, a którą z litości przygarnie. Jest tu również czas I wojny światowej, w której już  jako siedemnastolatek weźmie udział wybierając front, by uciec nie tylko przed narzucaniem mu swej woli przez przybranych rodziców, ale również przed seksualnymi zapędami swej przybranej matki. Trudne początki malarskiej kariery, w której pomaga mu właściciel galerii obrazów, zakochany w nim homoseksualista. Ale mnie jedno zastanawia, mianowicie, czy polski tytuł książki oddaje sedno tego co autor chciał przekazać czytelnikom. Angielski tytuł The Vivisector  ma charakter osobowy, gdy polski rzeczowy. Czy zatem polski tytuł / przełożyła a zatem i tytułem opatrzyła Maria Skibniewska /  nie powinien  brzmieć Wiwisektor a nie Wiwisekcja. A dlaczego tak sądzę. A dlatego, że Hurtle  całe swoje życie prowadzi walkę wewnętrzną nie tylko ze sobą i swoimi lękami, ale również z Bogiem, którego nie odrzuca, chociaż też nie do końca jest przekonany  czy też wierzy w niego czy  nie, ale zastanawia się kim jest Bóg :  "Kiedyś napisał :
Bóg Wiwisektor Bóg Artysta Bóg I otoczył starannie ozdobną ramką tę sentencję, której nigdy nie dokończył".[**]
A zatem czy Bóg to bardziej stwórca czy ten co boleśnie doświadcza.
  
          
_____________________________________________
*Patrick White,Wiwisekcja,przeł.M.Skibniewska,PIW,1973 r.,str. 311 ** tamże str. 361


notka pochodzi z mojego bloga

25.06.2012

"Wiwisekcja" Patrick White



Z ogromnym respektem rozpoczynałam lekturę Wiwisekcji - przerażała mnie nie tylko ilość stron ale i rzekoma trudna tematyka powieści. Tymczasem pierwsza część mnie zachwyciła. Australijska prowincja z początku XX wieku - w biednej, wielodzietnej rodzinie dorasta Hurtle Duffield. Ojciec zbiera butelki, a matka donosząc kolejne ciąże, pierze i prasuje bieliznę bogatych ludzi. 
To właśnie matka przeczuwa, że w jej najstarszym synu drzemie coś innego, coś odróżniającego go od rodziców. Może właśnie dlatego zabiera go ze sobą do domu bogatych państwa, gdzie ma on możliwość poznać (wpierw jako obserwator) inne życie. Bystry chłopiec wzbudza zainteresowanie Alfredy i Harry'ego Courtneyów. Ich córka, Rhoda, nie spełniła oczekiwań rodziców - dziewczyna jest ułomna fizycznie. 

U przybranych rodziców Hurtle rozwija się intelektualnie, emocjonalnie, a przede wszystkim artystycznie. Większa część powieści poświęcona jest opisowi dorosłego życia Hurtle'a - cenionego artysty malarza. White stworzył postać malarza, który całe życie walczy i poszukuje. Hurtle próbuje w swojej sztuce ująć sprawy niemożliwe do wypowiedzenia, do ogarnięcia. Jego próby ukształtowania i przedstawienia własnej głębi, alienują go, uniemożliwiają nawiązanie kontaktu z innymi. 
Jedyne bliskie mu osoby to kobiety. Większość z nich ma na niego działanie destrukcyjne - począwszy od Alfredy Courtney, poprzez Boo Hollingrake, Hero Pavloussi, a skończywszy na Kathy Wołkow - młodziutkiej wybitnej pianistce. Wspracie uzyskał tylko w prostytutce Nance Lightfood i swojej bratniej duszy czyli przybranej siostrze Rhodzie. 

Lektura powieści White'a nie jest lekka - mało tu dialogów, za to sporo poetyckich wręcz analiz procesu tworzenia, wnętrza Duffielda. Czytelnik śledzi jego rozwój, ewolucję myśli i przekonań, ma możliwość zrozumienia procesu tworzenia i zmagań z własną niemocą. White stworzył dzieło kompletne, studium rozwoju malarza i jego zmagań z talentem i męką tworzenia. To swoista wiwisekcja artysty. Czytelnik do ostatniej chwili próbuje wraz z Hurtlem odpowiedzieć sobie na pytanie czy można stworzyć dzieło doskonałe, dzieło wyrażające absolut. 

Wiwisekcję przeczytałam do ostatniej strony, ale nie będę ukrywać, że jej lektura była pracą, momentami ciężką, która wymagała cierpliwości i samozaparcia. To powieść z gatunku tych, które na długo zostaną w pamięci, które dają wielką satysfakcję i poczucie otarcia się o absolut. 

10.01.2012

„Voss” Patricka White'a

Postanowiłam uzupełnić znajomość literatury Australii o twórczość Patricka White’a, noblisty z roku 1973. Na początek zapoznałam się z Vossem (PIW 1979), powieścią o dążeniu do realizacji marzeń, pokonywaniu przeciwności losu, o miłości i miłosierdziu, o drodze przez pustynię w poszukiwaniu siebie i swojego celu.
Czas akcji to połowa XIX wieku, środowisko mieszczańsko-kupieckie, karety, suknie zamiatające ziemię, spotkania towarzyskie, na których królują „dialogi, niemal mistyczne w swej banalności”, pozór i obłuda religijna.
Główny bohater, Johann Urlich Voss, którego pierwowzorem był podróżnik Ludwig Leichhardt, planuje przejść przez całą Australię. Kompletuje skład wyprawy, zbiera fundusze, organizuje transport. Jednym ze sponsorów ma być pan Bonner, wuj Laury Trevelyan, panny wyłamującej się ze schematów konwenansów, pozwalającej sobie na niehołdowanie jedynie słusznej religii, myślącej samodzielnie i postrzeganej przez znajomych jako zjawisko wyjątkowe, choć niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu: „Laura jest sztywna jak kołek, a co gorzej, inteligentna, więc niegodna zaufania” (s. 59) i „ci, którzy znali Laurę, nie lubili jej, ponieważ czytała za dużo książek” (s. 62). Natomiast Voss to człowiek dumny i twardy, uważający, że „przyszłość będzie tym, czym ją sami zrobimy”, „przyszłość zależy od woli człowieka” (s. 70). I zgodnie z tą deklaracją będzie podążał wytkniętą drogą ku odległemu celowi, ku zachodniemu wybrzeżu Australii, przez pustynie, poznając ląd dotychczas nieoznaczony, nie odzwierciedlony na mapach, którego rzeźbę terenu dopiero nasz bohater chce utrwalić na papierze dla poznania i wygody przyszłych pokoleń. 

Reszta opinii na moim blogu.

12.02.2010

Przepaska z liści - Patrick White

Jakoś nie mam szczęścia do fajnych książek noblistów. Po prostu mnie nudzą. Spodziewałam się, że australijski noblista da mi lekturę nieco egzotyczną, ale w sumie to książka o niczym konkretnym. Samo rozwinięcie się akcji, główne wydarzenie powieści jest dopiero w połowie książki. Pierwsza połowa była w sumie nie ważna. Podobny przypadek był w Zabić drozda, gdzie ten główny wątek książki rozwinął się właśnie w połowie książki. Dopiero potem fabuła nabierała barw i stawała się istotna. I faktycznie drugą połowę książki czytało się lepiej niż pierwszą, co nie oznacza, że była bardzo interesująca. Poza paroma wątkami, które ściśle kojarzyły się z Robinsonem Kruzoe, była nuda. Pisarz niby tyle stron poświęcił na opis wydarzeń wśród czarnoskórych, a jednak pozostaje jakiś niedosyt, wrażenie, że potraktował to jakoś powierzchownie.
Pierwsza część książki skupia się na życiu i analizy charakterów pani Roxburgh, jej męża, jego rodziny i członków załogi statku. W połowie książki ma miejsce tragiczny wypadek, w skutku czego załoga statku, ta która przeżyła stała się rozbitkami. Wkrótce jednak tubylcy dobili wszystkich rozbitków, poza panią Roxburgh, która trafia do plemiona czarnoskórych, gdzie przeżywa takie przygody, które na zawsze zmienią jej spojrzenie na życie.
Nie jestem zadowolona z tej lektury, nic nowego nie wzniosła, cieszę się, że mam ją już za sobą, że koniec przymuszania się do tej lektury. Chyba przyda się odpoczynek od noblistów. Ambitne lektury w dużych ilościach bywają męczące, zwłaszcza kiedy jeszcze nie można dojrzeć w nich czegoś ambitnego czy wyróżniającego.

15.10.2009

Patrick White: Wóz Ognisty


wydawnictwo: Muza 1998
tytuł oryginału: Riders in the chariot
seria wydawnicza: Biblioteka Bestsellerów
oprawa twarda z obwolutą
ilość stron: 700
moja ocena: 4

Niezwykła książka. Trudna, ale ważna. Trudna dlatego, że napisana jest metaforycznym językiem, bardzo poetyckim i mnie ciężko było się na niej skupić. Wymagała ode mnie sporo wysiłku. Musiałam wracać po kilka razy do poprzednich zdań, bo przyłapywałam się na odpływaniu myślami na inne tory. A jednak książka dobra.
Główną postacią jest Żyd Mordechaj Himmelfarb, urodzony w Niemczech, w czasie II wojny światowej cudem ocalał z obozu koncentracyjnego i został przemycony przez Stambuł do Izraela. Ten profesor uniwersytecki postanowił płynąć jeszcze dalej i znalazł się w Australii. Tam wykonywał najprostsze prace fizyczne, aby zarobić na swoje utrzymanie. Został całkiem sam.
Poznał przypadkiem starą pannę Hare, która wysłuchała jego historii. Ona z kolei była miejscową wariatką, mieszkającą samotnie w rodzinnej posiadłości, powoli wtapiającej się w przyrodę. Zatrudniła panią Jolley do pomocy w gospodarstwie. To była starsza pani uzurpująca sobie prawo do stanowienia, co jest zgodne z etyką, a co nie. Ona i jej przyjaciółka pani Flack były tzw. podporą społeczeństwa. Z daleka obserwowały, oceniały i krytykowały. To o tych dwóch matronach autor napisał: "Aniołowie są zamaskowanymi szatanami" (1). Lubiły posługiwać się jednym z najgorszych argumentów: "to dla twojego dobra". Wam też się nóż otwiera w kieszeni, gdy to słyszycie?
Kto ma w sobie tyle arogancji, żeby wiedzieć, co jest dobre dla drugiej osoby?To okropne zdanie jest płaszczykiem, pod którym wszyscy hipokryci tego świata narzucają bliźnim swoje "jedynie słuszne" zdanie. Zniewalają tym argumentem i nie pozwalają popełniać swoich własnych błędów. Kto dał im prawo stanowienia, które uczynki są dobre, a które złe? Coś jest zgodne z etyką- oto sztandarowe zdanie pani Flack. A zatem zgodne z etyką było, że banda młodych osiłków zakatowała starego schorowanego Żyda, tylko dlatego, że był Wielki Piątek, a "ciotunia" przypomniała siostrzeńcowi, że to "oni" zabili Pana Jezusa.
Inną postacią, która wyzwala wiele emocji jest Alf Dubbo, ciemnoskóry mieszaniec. Ten z kolei widział za dużo obłudy białych ludzi, żeby zechciał się do nich zbliżyć.
Był też biznesmen, Żyd, ukrywający swoją narodowość, konformista, który jednak nie wytrzymał napięcia w obliczu krzywdy Himmelfarba.
Książka jest demaskatorska ale nie nowatorska. Pewnie w swoim czasie była objawieniem, dziś nie jest. Obłuda jednych i samotność drugich. Egoistyczne przekonanie o własnej nieomylności przeciw pokorze mądrych ludzi; wyższość sądów większości przeciw spokojnej samotności utalentowanej jednostki; niedopasowanie społeczne artysty i brak tolerancji ze strony pobożnych- odwieczny temat rozważań literackich.
Książka jest naprawdę dobra i cieszę się, że ją przeczytałam.
Polecam.

(1) P. White, "Wóz ognisty", tłum. M. Skibniewska, Muza 1998, s. 527