Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje - Aleksijewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje - Aleksijewicz. Pokaż wszystkie posty

23.07.2018

"Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy" Swietłana Aleksijewicz


Czwarta książka Aleksijewicz, czwarty raz nie znajduję słów, by napisać coś mądrego. Odczekałam kilka dni, ale nie czuję się mądrzejsza, bardziej elokwentna i gotowa do napisania recenzji. Mam w sobie podobne emocje, jak po lekturze Małej zagłady - bo czytałam ją niedawno, więc pierwsza mi się nasuwa, ale mogłabym tu wymienić każdą książkę traktującą o wojnie. Nie rozumiem, nie chcę i nie będę rozumieć. Dziwię się, czuję obezwładniający stupor i złość. I obrzydzenie. Wojną i jej gloryfikacją. I tym, że człowiek nie wyciąga żadnych wniosków.

Aleksijewicz i tutaj słucha. Tak jak słucha kobiet, które wzięły udział w wojnie, tak jak słuchała ofiar katastrofy w Czarnobylu, teraz słucha ludzi, którzy w czasie wojny mieli cztery lata, siedem lat, jedenaście. Byli dziećmi. Wskutek przeżyć stracili mowę, słuch, chęć do życia. Stracili matkę, ojca, rodzeństwo. Widzieli rzeczy potworne. Lęk nie opuścił ich do końca życia, tak jak bezradność, złość, smutek, niezdolność do nawiązywania bliższych kontaktów. I głód. Głód fizyczny i głód dotyku, miłości, czułości. Gdybym tę książkę czytała, trwałoby to pewnie wieczność. Nie zniosłabym więcej niż kilku stron na raz. Słuchałam jednak spokojnego, wyważonego głosu Krystyny Czubówny. Często nie mogłam zatrzymać nagrania i słuchałam, słuchałam, a rozpacz we mnie narastała. Czułam to, co czuły dzieci i nadal czują opowiadający dorośli. 

Cóż więcej pisać? Siłą tej książki jest autentyzm opowieści - Aleksijewicz nie komentuje, nie uzupełnia, nie stawia pytań, jest przeźroczysta. Słucha. I pozwala mówić, niektórzy z rozmówców otwierają się po raz pierwszy. Większość cierpi, z trudem relacjonuje, płacze. Opowiadają ludzie wszelkich profesji i pochodzenia - inżynierowie, nauczycielki, krawcowe, robotnice, Cyganka, renciści.
Zdumiewające jak z przecież niezbyt oryginalnego pomysłu, Białorusinka potrafi stworzyć dzieło.  Każdy mógłby wybrać kilkanaście osób i ich wysłuchać, ale tylko Aleksijewicz potrafi stworzyć z relacji tak wyjątkowy dokument. Polskie wydanie nie byłoby też zapewne tak świetne, gdyby nie wspaniała praca tłumacza, za którą należą mu się specjalne podziękowania.

To lektura obowiązkowa, choć nie mam nadziei, że ludzkość wyciągnie z niej wnioski. 

29.10.2017

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz


Jestem pacyfistką, nienawidzę wojny, ani niczego, co w jakiś sposób związane jest z wojskowością. Nigdy nie kupiłam dzieciom ubrania, którego wzór w jakikolwiek sposób przypominałby moro, nigdy nie zachęcałam ich do zabaw, imitujących wojnę, nie kupowałam militarnych zabawek i zabraniałam innym, darowania im takich. Nigdy nie byliśmy na żadnych paradach, ani pokazach wojskowych. Czytając reportaż Aleksijewicz jeszcze bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu, a ostatnia wypowiedź w książce dosłownie mnie zamurowała. Słowa tej kobiety oddają dokładnie to, co powyżej napisałam i co kotłowało się w mojej głowie podczas lektury.

Opowieści wojenne kobiet w żaden sposób nie przypominają męskich. Pamiętam, jak wypytywałam dziadka o wojnę i jak on wspominał nazwy jednostek, miejsca, przesunięcia, obozy, ale mnie wtedy  interesowało, co się działo w okopach, co czuł i jak przeżył pobyt w wojsku. Mimowolnie miałam więc spojrzenie kobiece, takie, jakie opisuje Aleksijewicz. Jej kobiety nie wspominają bowiem nazw jednostek, ani wielkich bitw, opowiadają za to o codzienności na wojnie. Niemal wszystkie z nich zostały żołnierkami jako młodziutkie dziewczyny, często dopiero szesnastoletnie. Większość z nich zaciągnęła się na własną prośbę, a często musiały o pozwolenie dostania się do pierwszej linii walczyć. Pełne idealizmu nastolatki pragnęły bronić ojczyzny, nie miały żadnego wyobrażenia wojny, ani konkretnej wiedzy o wojsku. Pierwsze spotkanie z frontem było dla nich szokiem ale największa trauma nadchodziła zawsze dopiero po zwycięstwie. Życie w czasie wojny toczyło się na adrenalinie, kobiety spełniały swoje zadania, nie zastanawiając się, ani nie analizując. 

Aleksijewicz przeplata wypowiedzi kobiet, grupuje je tematycznie, tworząc w ten sposób reportaż ciekawy i unikając monotonii. Wspomnienia są krótkie, ale nie muszą być rozwlekłe, by poruszyć czytelnika. Kobiety opowiadają o tęsknocie za kwiatami, poczuciem kobiecości, brakiem domu, w czasie wojny borykały się z zupełnie innymi problemami niż mężczyźni. Armia nie była przystosowana na przyjęcie dziewczyn - brakowało dla nich strojów, nie tylko o żeńskim kroju, ale także w odpowiednim rozmiarze, nie miały podpasek, możliwości mycia bardzo długich włosów, często były jedyną kobietą w wąskim i ciasnym okopie. Wraz z obcięciem włosów i przywdzianiem męskiego munduru traciły kobiecy chód, zwyczaje, a nieczęsto i miesiączkę. Oprócz przyziemnych problemów, trawiła je tęsknota za pozostawionymi dziećmi, martwiły się o matki, rodzeństwo. 

Co ciekawe, kobieca wizja wojny, nie była pożądana. W Związku Radzieckim obowiązywały wspomnienia bohaterów, pozbawione opisów głodu, wszy, krwi i wszystkiego, co mogło im ująć godności. Wypowiedzi kobiet często były cenzurowane już przez ich mężów. Aleksijewicz jako pierwsza oddała im głos, szukając wspomnień, na które odważały się tylko, gdy poczuły się pewnie, gdy wytworzyła się intymna atmosfera. 

Ten reportaż Białorusinki stylistycznie bardzo przypomina dwie jej książki, które już czytałam. Ponownie największym atutem jest przeźroczystość autorki, jej umiejętność słuchania oraz takiego doboru opowieści, by stworzyły spójną i nie przeładowaną całość. Przyznam, że po raz kolejny podczas lektury reportażu Aleksijewicz, musiałam walczyć ze łzami i po raz kolejny, musiałam przerywać czytanie, by zaczerpnąć tchu.

6.11.2015

"Czarnobylska modlitwa" Swietłana Aleksijewicz


Gdy odkładałam lekturę Aleksijewicz na później, zdawałam sobie sprawę, że, tak jak w przypadku wielu książek z mojego stosu, to zbrodnia. Dobrze, że Aleksijewicz dostała Nobla, dzięki nagrodzie wreszcie sięgnęłam po jej książkę i pewna jestem, że postaram się przeczytać wszystko, co napisała.
Czarnobylska modlitwa to taki typ lektury, który mnie najbardziej pociąga - poruszający, pouczający (wiem, że to słowo brzmi głupio, a może śmiesznie, ale to jest właśnie to, czego w książkach szukam), a przede wszystkim nie przekombinowany. Bez zbędnych zdań, efektów, ozdobników.

Dopiero podczas lektury tej książki zdałam sobie sprawę, jak mało o katastrofie w Czarnobylu wiedziałam, żeby nie powiedzieć, że właściwie nie wiedziałam nic. Moje wspomnienia ograniczają się tylko do płynu Lugola podawanego w szkole, a przecież wcale nie byłam taka mała. Mam wrażenie, że to wydarzenie wcale nie było dyskutowane lecz przyjęte z kolejnym wzruszeniem ramion wobec sprawy, na którą i tak nic nie można zaradzić, ale być może się mylę?

Aleksijewicz słucha Białorusinów, którzy mieli bezpośredni kontakt z elektrownią i wybuchem. Białorusinów właśnie, bo ten niewielki naród najbardziej wskutek katastrofy ucierpiał. O swoich przeżyciach, a przede wszystkim życiu po katastrofie opowiadają kobiety, mężczyźni, dzieci, ludzie prości i naukowcy, lekarze, strażacy i rolnicy. Każdy inaczej wspomina swoje przeżycia ale wszyscy są w kilku punktach tego samego zdania - ich życie zmieniło się po katastrofie kompletnie, brak informacji i wiara w siłę radzieckiego człowieka uśpiły czujność, a teraz czują się naznaczeni i pozostawieni sobie, ich trauma jest większa niż po wojnie. Ów powracający niemal w każdej opowieści homo sovieticus, tutaj określany jako radziecki człowiek, najbardziej mnie zainteresował. Dopiero dzięki tej książce zrozumiałam ten fenomen i zachowanie znanych mi Rosjan. Aż trudno uwierzyć, że można było wychować społeczeństwo na tak dalece oddane państwu, tak gotowe do poświęcenia swojego życia i tak zastraszone przez władzę, którą mógł być zaledwie bezpośredni zwierzchnik. To, co działo się po katastrofie nie mieści się w głowie normalnego człowieka - wysyłanie setek, tysięcy osób na pewną, potworną śmierć, zatajanie i prowizorka w imię nie wiadomo właściwie czego...

Czarnobylską modlitwę czytałam ponad tydzień (dopiero teraz z zaskoczenem odkryłam, że ma tylko 288 stron!), nie byłam w stanie przyjąć więcej niż jedną rozmowę na raz. Słowa raniły, emocje wdzierały się we mnie, a wyobraźnia szalała. Ta książka sprawiała mi niemal fizyczny ból. Mimo to uważam, że należy ją przeczytać, by zrozumieć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

18.10.2015

Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy. S. Aleksijewicz


Po lekturze dwóch książek Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” i „Krzyk Czarnobyla” postanowiłam sięgnąć po tekst „Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy”. Po relacjach kobiet dziennikarka dotarła do ludzi, którzy w czasie drugiej wojny światowej byli dziećmi i po raz kolejny, podchodząc do swoich bohaterów z dużym szacunkiem i empatią, udało jej się poruszyć bardzo trudny i delikatny temat.
Dorośli mówią o doświadczeniach dzieci, jednak czytając te teksty należy pamiętać, iż są one przefiltrowane i zniekształcone przez upływ czasu. Poznanie tych wspomnień jest ciekawe, a zestawiając je z wcześniejszymi tekstami Aleksijewicz dotyczącymi kobiet, czytelnik zyskuje szerszy wachlarz perspektyw postrzegania wojny.

Więcej na blogu Hominem Quaero. Zapraszam.