Oczekiwania wobec tego poludniowoafrykanskiego byly duze. Istnialy tez pewne obawy, ze dwukrotny zdobywca Bookera (w tym jednego za “Hanbe”) i laureat Nagrody Nobla oraz szeregu innych odznaczen, bedzie tworzyl proze hermetyczna i niezrozumiala. Jak sie okazalo, obawy te byly calkiem nieuzasadnione. Nie wiem jak Coetzee tego dokonal, ale “Hanba” wlasciwie czytala sie sama.
To moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą. Przed rozpoczęciem tej książki ostrzegano mnie, abym się nie zniechęciła do Pamuka, jako że nie jest to jego typowa proza i że nie nie jest to lektura, którą czyta się na wdechu od deski do deski. To fakt, „Stambułu” nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Prozę tego kalibru trzeba smakować, delektować się nią i dawkować z umiarem, aby przyjemność czytania trwała jak najdłużej.
„Stambuł” to zbiór wspomnień i esejów z elementami autobiografii. Mały Orhan daje się poznać jako wrażliwy, wyobcowany chłopiec, którego ciągle prześladuje myśl o istnieniu innego, drugiego Orhana, który mógłby uchodzić za jego bliźniaka lub sobowtóra. Wyobcowanie dodatkowo potęgują ciągłe kłótnie rodziców i częste nieobecności ojca w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]
Pamuk uracza też swoich czytelników historią swojej pierwszej i nieszczęśliwej miłości o kasztanowych włosach, która zaczęła się od pozowania do wykonywanych przez niego rysunków. Pisarz wspomina: „Kiedy podczas szkicowania przypatrywałem się konturom jej małych piersi i wyjątkowo białej skórze długiej szyi, cień wstydu przebiegał przez jej twarz.” [2]
Jeden rozdział to zabawny zbiór rad, napisanych przez stambulskich dziennikarzy na przestrzeni 130 lat. Pamuk znalazł takie perełki jak:
„Czerpiąc inspirację z artykułu o odpowiednim sposobie chodzenia po mieście, który pojawił się w znanym paryskim magazynie ‘Matin’, my również powinniśmy jasno wyrazić nasze uczucia do ludzi, którzy jeszcze muszą się nauczyć jak prowadzić się po ulicach Stambułu i powiedzieć im: ‘Nie spaceruj po ulicy z otwartymi ustami.’ [1924]” [3]
„Stambuł” to jednak przede wszystkim opowieść o mieście i doprawdy niezwykły po nim przewodnik. Miasto, w którym europejscy pisarze szukali przede wszystkim orientalnego dreszczyku niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, wygląda zupełnie inaczej w oczach wrośniętego w Stambuł Pamuka. Pisarz oznajmia: „Los Stambułu to mój los. Jestem przywiązany do tego miasta, ponieważ uczyniło mnie ono tym, kim jestem.” [4] To wyraz wielkiej miłości do Stambułu i co najciekawsze, miłość ta nie ma swoich korzeni w dumie z dawnej potęgi i bogactwa Imperium Osmańskiego, ale w szczątkach i ruinach, które po nim pozostały powodując uczucie wielkiej melancholii, opanowującej wszystkich mieszkańców. Ów smutek to hüzün, czyli „[…] wspólne uczucie, atmosfera i kultura dzielona przez miliony. W Stambule pozostałości wspaniałej, dawnej cywilizacji są widoczne wszędzie. Nieważne, jak bardzo źle utrzymane, nieważne, jak zaniedbane lub otoczone ze wszystkich stron przez betonowe okropności - wielkie meczety i inne zabytki miasta, tak samo jak pomniejsze pozostałości po imperium – małe łuki i fontanny […] – powodują ból serca u każdego, kto mieszka między nimi.” [5] Właśnie to mnie urzekło w tej książce najbardziej – opisy bocznych brukowanych uliczek, drewnianych opuszczonych domów, zrujnowanych fontann. Obrazy te, zręcznie nakreślone słowami pisarza i wsparte wrażliwością malarza (którym Pamuk przecież przez kilka lat był), są tak sugestywne, że nie sposób było się oprzeć tej melancholii w czasie czytania i nawet kilka dni po skończeniu lektury.
Podsumowując, jestem absolutnie zauroczona twórczościa Pamuka. I proszę mi wybaczyć ten emocjonalny ton, ale dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z tym pisarzem i wróżę sobie jeszcze długie godziny wspaniałej strawy duchowej z oczami zatopionymi w jego prozie.
[1] Orhan Pamuk, “Istanbul”, tłum. Maureen Freely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłumaczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)
Dziecko i dzieciństwo to powszechnie rozpoznawany symbol niewinności, czystości. Dziewicza, nieskażona cywilizacją i niezamieszkana przez nikogo wyspa przywodzi na myśl raj (vide arturiański Avalon czy „Utopia” Thomasa More’a). William Golding we „Władcy much” wywrócił jednak te symbole do góry nogami i powstało niezwykłe, zapadające w pamięć dzieło.
Grupa brytyjskich chłopców zostaje ewakuowana z powodu zagrożenia wybuchem bomby atomowej, ale samolot się rozbija i dzieci trafiają na bezludną wyspę. Są zdane tylko na siebie i tworzą mini-państwo – wybierają przywódcę, dzielą się obowiązkami. Szybko jednak okazuje się, że coś, co mogłoby się wydawać świetną zabawą w rozbitków, zmienia się w koszmar. „Władcę much” przez pierwszych kilka rozdziałów czyta się jak powieść przygodową, ale niedługo po rozpoczęciu lektury wraz z każdą obróconą stroną rośnie napięcie, a czytelnik w niemym przerażeniu nie może oderwać się od lektury, by po przeczytaniu ostatniego zdania gorzko zaśmiać się nad ironicznym zakończeniem – chłopcy zostali zauważeni, bo spalili pół wyspy w polowaniu na swojego kolegę, a ratuje ich nikt inny jak oficer marynarki, który dziwi się, że brytyjscy chłopcy nie spisali się lepiej, a sam przed chwilą pewnie „zabawiał się” nie gorzej niż oni.
Golding pokazuje, że zło jest nieodłączną częścią natury człowieka. Cywilizacja pomaga człowiekowi ograniczyć jego pierwotne instynkty, ale z dala od niej przestajemy kontrolować samych siebie (pisał o tym również Conrad w „Jądrze ciemności”). Można się z tymi poglądami nie zgadzać, ale nie sposób przejść wobec nich obojętnie.
„O myszach i ludziach” Johna Steinbecka to krótka opowieść do przeczytania w jeden wieczór. Napisana zwięzłym, oszczędnym stylem, kryje w sobie niezwykłe pokłady emocji i jestem przekonana, że niejeden czytelnik na końcu uronił łzę i zadawał sobie pytanie: „No ale dlaczego? No dlaczego?”
Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, że niejako jest ona inspirowana doświadczeniami samego autora. W latach 20-tych Steinbeck, podobnie jak główni bohaterowie „O myszach i ludziach”, pracował jako wędrowny pracownik rolny, a postać Lenniego została oparta na spotkaniu pisarza z umysłowo upośledzonym mężczyzną skłonnym do nagłych wybuchów gniewu.
Jest to książka niesamowicie pesymistyczna i bardzo przygnębiająca. Pierwszym i chyba najbardziej rzucającym się w oczy motywem jest samotność dręcząca niemal wszystkich bohaterów. Mimo, że George ma Lenniego, uczucie wyobcowania go nie opuszcza – wędruje od farmy do farmy, nie ma rodziny, nie ma domu, nigdzie nie należy. Samotne są także inne postaci tej historii – Candy, stary, schorowany pracownik, którego jedynym kompanem jest pies, Crooks, którego alienacja wynika z odmiennego kolory skóry i żona Curly’ego, nieszczęśliwa w małżeństwie, szukająca jakiejś rozrywki poza czterema ścianami domu. Steinbeck ukazuje również smutną prawdę o świecie – przetrwają tylko najsilniejsi, słabi i bezużyteczni nie zasługują na życie, nie są nikomu potrzebni. Jedynym, nikłym światełkiem w tej wszechogarniającej beznadziei jest marzenie Lenniego i George’a o własnej farmie i kawałku ziemi. Jednak nawet ono legło w gruzach udowadniając daremność i niemożność spełnienia amerykańskiego snu.
„O myszach i ludziach” to opowieść niezmiernie smutna, wdziera się w czytelnika i tkwi w nim jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. Warto.
Są takie książki, które wręcz połyka się jednym tchem. Nie zawsze są to kryminały, thrillery lub książki sensacyjne, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji i teorii spiskowych. Czasami można się całkowicie zatopić i pozwolić się pochłonąć spokojnej lekturze o powoli płynącej narracji. Właśnie tak pochłonęłam „Ruchome święto” Hemingwaya. Czytałam zachłannie, jakby książka lada moment miała rozsypać się w proch, a to przecież proza, która swoją magię roztacza stopniowo i którą trzeba smakować, delektować się nią. Kiedy więc już chciwie pochłonęłam „Ruchome święto” niczym nieopierzony 16-latek swoją pierwszą butelkę wina, przyjęłam dojrzalsze podejście i za drugim razem rozkoszowałam się niesamowitym bukietem wspomnień pisarza.
„Ruchome święto” to niezwykły zbiór paryskich reminiscencji Hemingwaya, których bohaterami stają się takie postaci jak Francis Scott Fitzgerald, Ford Madox Ford, Ezra Pound czy Gertruda Stein, o której pisarz nie zawsze wypowiada się pochlebnie, ale która mimo to wzbudza sympatię. W „Ruchomym święcie” nie brakuje też księgarni Shakespeare and Company wraz z Sylvią Beach czy historii o powstaniu określenia „stracone pokolenie”.
Spomiędzy anegdot i plotek o przyjaciołach i znajomych, Hemingway daje się poznać jako bardzo zdyscyplinowany pisarz, któremu do tworzenia był potrzebny notatnik, ołówek, stolik w kawiarni i… trochę szczęścia. Okazuje się, precyzyjny, lapidarny styl Noblisty rozwinął się nie tylko dzięki jego dziennikarskim doświadczeniom, ale również poprzez podporządkowanie procesu pisania naczelnej zasadzie stworzenia „prawdziwego zdania” i… oglądanie obrazów Cezanne’a.
Jeśli dodać do tego jeszcze delikatnie nakreśloną atmosferę Paryża lat dwudziestych i łagodne echo miłości do pierwszej żony, Hadley, to mamy doprawdy wyjątkową książkę, którą można się rozkoszować jeszcze na długo po skończeniu lektury.
Oto, jak się przedstawia moja znajomość dzieł noblistów: Henryk Sienkiewicz - nowele, oczywiście "W pustyni i w puszczy", "Krzyżacy", "Potop", "Quo vadis" William Butler Yeats - poezje Władysław Reymont - "Chłopi" Sigrid Undset - "Legendy o królu Arturze" Thomas Stearns Eliot - poezje Ernest Hemingway - "Ruchome święto" Albert Camus - "Dżuma" John Steinbeck - "O myszach i ludziach" Czesław Miłosz - poezje Gabriel Garcá Márquez - "Sto lat samotności", "Miłość w czasach zarazy" William Golding - "Władca much" Toni Morrison - "Jazz", "Umiłowana" Seamus Heaney - poezje Wisława Szymborska - poezje Imre Kertész - "Los utracony", "Kadysz za nienarodzone dziecko" Orhan Pamuk - "Stambuł. Wspomnienia i miasto" Doris Lessing - "Trawa śpiewa"
Jeśli chodzi o plany, to nie mam żadnej sprecyzowanej listy lektur. Na pewno chcę przeczytać więcej książek Pamuka, Lessing i Hemingwaya, chciałabym też odświeżyć sobie Marqueza. Poza tym kuszą mnie następujący pisarze: V.S. Naipaul, George Bernard Shaw, Thomas Mann (którego "Doktor Faustus" czeka już 6 rok na przeczytanie), Sinclair Lewis, Eugene O'Neill, Pearl S. Buck, José Saramago, J.M. Coetzee i Harold Pinter. Co wyniknie z moich zainteresowań, czas pokaże.