.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
1.02.2022
Komediantka Władysław Reymont
.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
21.11.2021
Sztukmistrz z Lublina Issak Singer
Sztukmistrz z Lublina to historia Jaszy (Żyda) używającego życia pełnymi garściami. Ma żonę, dom, stodoły, spichrze i stajnie w Lublinie, mieszkanie w Warszawie i kilka kochanek w trasie. Żyje z pokazywania sztuczek, wykonuje akrobacje, chodzi na linie, potrafił otwierać zamki bez klucza. Jest człowiekiem wykształconym, jako chłopiec studiował Talmud, w swoim warszawskim mieszkaniu ma bibliotekę, antyki i zbiór afiszy, wycinków prasowych i recenzji, z Emilią - kobietą, dla której wydaje się gotowy na zmianę sposobu życia - dyskutował o religii, filozofii, nieśmiertelności duszy, cytował jej urywki z Talmudu, rozmawiali o Koperniku i Galileuszu.
Jasza, choć tak jak ojciec i dziadek, tu się urodził [w Lublinie], pozostał obcym, nie tylko dlatego, że odrzucił swe żydostwo, także dlatego, że wszędzie czuł się obco, zarówno tu, jak w Warszawie, pośród Żydów i gojów. Wszyscy mieli uregulowane życie i domy, on zaś był w ciągłych rozjazdach. Mieli dzieci i wnuki, on ich nie miał, Mieli swego Boga, swych świętych i przywódców, on miał tylko wątpliwości. Dla nich śmierć oznaczała raj, dla niego tylko strach (str.15).
Jasza poszukuje swojej drogi, ale poszukuje dość nieudolnie. Uciekając od jednej kobiety w ramiona kolejnej, wiąże się z następną, dla której gotów jest zmienić wiarę i popełnić przestępstwo. Wszystko to brzmi nawet przekonywająco, aż dochodzi do epilogu o cudownym nawróceniu, który pozwala przypuszczać, iż głównym celem opowieści było przekonanie czytelnika, iż bez wiary człowiek błądzi, grzeszy, popełnia przestępstwa i nie może być szczęśliwy. Tyle, że trudno uwierzyć w przemianę bohatera, który zamiast zmierzyć się ze światem i jego pokusami ucieka przed nimi.
Główny bohater jest ciekawą postacią. Wciąż grał jakąś inną rolę. Był kłębowiskiem osobowości, wierzący i heretyk, dobry i zły, fałszywy i szczery. Potrafił kochać wiele kobiet jednocześnie. Oto gotów jest zaprzeć się swej religii, a jednak znalazłszy nową stronę wydartą ze świętej księgi zawsze ją podnosi i przyciska do ust. (str.46). Ten Jasza choć tak zmienny, złożony, irytujący w swym postępowaniu względem kobiet i irytujący w swej chwiejności (po raz pierwszy spotkałam się w literaturze z tak chwiejnym i często zmieniającym decyzję mężczyzną) był ludzki. W przeciwieństwie do pani Emilii, której wyrachowany egoizm czynił z niej pustą lalkę.
Sztukmistrz z Lublina to ciekawie opowiedziana historia z rozczarowującym zakończeniem.
Spodobał mi się natomiast fragment tyczący Polaków, którzy podobnie jak pozostali goje nie są przedstawieni zbyt sympatycznie, ale jakże trafnie. Zostawiają wszystko i gdzieś sobie idą. (...) To cała Polska. I jeszcze narzekają, że kraj się rozpada. (...) Taki to kraj, mruczał - jedyne, co umieją to buntować się co kilka lat i brzęczeć kajdanami. (str. 129)
Kiedy przypomniałam sobie swoje wrażenia z lektury Cieni nad rzeką Hudson to Sztukmistrz wypada na ich tle słabiej. Nie mniej wart jest lektury.
Po raz pierwszy opinia została opublikowana na blogu Moje Podróże18.04.2021
Zwierzenia klowna Heinrich Böll
Dwudziestoparoletni Heinrich wychowany w bogatej, mieszczańskiej prohitlerowskiej rodzinie buntujący się przeciwko hipokryzji i podwójnej moralności pokolenia rodziców zostaje klownem. Dzięki pieniądzom i koneksjom ojca miałby zapewnioną świetną przyszłość, wybiera niepewny los, aby żyć w zgodzie z przekonaniami. Nie przeszkadza mu tułacza egzystencja, dopóty ma przy boku ukochaną kobietę. Życie w podróży i na walizkach, od hotelu do hotelu. Niestety pewnego dnia Maria odchodzi, a Heinrich doznaje załamania. Zaczyna więcej pić, jego występy są coraz słabsze, aż w końcu druzgocząca krytyka sprawia, że musi ich zaprzestać. Bez perspektyw i bez jednej marki w kieszeni rozpoczyna spowiedź, w trakcie której rozlicza się z przeszłością. Obnaża zakłamanie rodziców i kręgu ich znajomych, którzy podczas wojny w różnym stopniu sprzyjali polityce nazistowskich Niemiec, aby zaraz po jej zakończeniu odciąć się od przeszłości angażując w życie różnych organizacji religijnych. Przy czym ich życie daleko odbiega od zasad, które głoszą.
Bardzo spodobał mi się początek opowieści, kiedy Heinrich opisuje, jak nagle to co było czymś naturalnym staje się monotonią powtarzających się zdarzeń.
Usiłowałem zwalczyć w sobie automatyzm, wytworzony w ciągu pięciu lat moich nieustannych podróży: schodami w dół, schodami w górę, stawiam walizkę, wyjmuję bilet z kieszeni płaszcza, podnoszę walizkę, oddaję bilet, podchodzę do kiosku, kupuję wieczorne gazety, wychodzę z Halu dworca, przywołuję taksówkę. Przez pięć lat prawie co dzień skądś wyjeżdżałem i dokądś przyjeżdżałem, rano schodami w górę i w dół, popołudniu schodami w dół i w górę, przywoływałem taksówkę, szukałem drobnych po kieszeniach, kupowałem w kiosku wieczorne gazety i w jakimś zakątku świadomości rozkoszowałem się dokładnie wystudiowaną niedbałością tego automatyzmu. Odkąd Maria opuściła mnie (…) procedura przyjazdów i wyjazdów stała się jeszcze bardziej mechaniczna, nie tracąc nic ze swojej niedbałości. (str. 7)
Zwierzenia klowna są ciekawe, zaskakujące, chwilami szokują. Jak choćby w przypadku braku reakcji matki na śmierć córki, do której pośrednio się przyczyniła, czy w opisie zakradającej się do spiżarni matki, aby zjeść po kryjomu plaster szynki, kiedy dzieci w tej najbogatszej w okolicy rodzinie niedojadały. Poza opisem wspomnień są też ciągi myśli, refleksji i pomysłów Heinricha, a te bywają przytłaczające i ciężkie. Przyznaję, że miałam momentami dość bohatera i jego egzystencjalnej wiwisekcji, jego pijackich pomysłów i nużących wywodów. Ludzie z otoczenia Heinricha w sporej mierze są podłymi hipokrytami, egoistami, nierzadko mają zbrodniczą przeszłość. Ale i bohaterowi można sporo zarzucić, jest coś z fałszu w jego uczuciu do Marii, jest okrucieństwo i egoizm wobec bliskich. Krytykuje otaczających go ludzi, ale wyciąga rękę po ich pieniądze, tęskni za Marią, którą jak twierdzi kochał, ale można odnieść wrażenie, że bardziej irytuje go to, że kobieta, odnalazła stabilizację u boku innego, niż to, że odeszła. Ale czy można się dziwić, że kalekie czasy rodzą kalekich ludzi.
Niezła książka, choć jej lektura nie jest lekką.
Po raz pierwszy recenzja opublikowana na moim blogu Moje podróże
21.03.2021
Dżuma Albert Camus
Próbując
zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego czasu sięgnęłam po
Dżumę. Można ją odczytywać na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o
radzeniu sobie człowieka z epidemią.
Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.
Łączenie martwych gryzoni z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom. Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.
Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)
I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą. Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.
Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).
Pojawia się bunt i głosy o pozbawieniu wolności. Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.
W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)
Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)
Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej). Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.
Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony - bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie. … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)
W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).
Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.
Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.
Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.
Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)
Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.
Moje zainteresowanie wzbudził drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.
Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.
Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.
11.05.2019
Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatol France
13.11.2016
Perełka Patrick Modiano
Wpis po raz pierwszy ukazał się na moim blogu Moje podróże
6.03.2016
Lochy Watykanu Andre Gide
Autor i jego książka wpisany był swego czasu przez Kościół na Indeks ksiąg zakazanych; któż tam zresztą nie figurował. Najświetniejsze umysły zeszłych stuleci, z moich ukochanych Francuzów choćby Balzak, Flaubert, Hugo, Zola (a to tylko parę nazwisk). Swoją drogą ciekawe czy kiedyś zamieszczenie nazwiska na Indeksie było tak samo dobrą reklamą dla książki i jej autora, jak dziś są negatywne wypowiedzi przedstawicieli Kościoła na temat jakiegoś filmu. Myślę, że tak, bo natura ludzka lubi być przekorna i człowiek sięgnie po owoc zakazany prędzej niż po książkę, o której istnieniu bez tego zakazu nawet by nie wiedział. 8.02.2016
Marie jego życia (o kobietach Sienkiewicza) Barbara Wachowicz
25.01.2015
Wilk stepowy Hermann Hesse
16.03.2014
Komu bije dzwon Ernest Hemingw
Geneza lektury:
-sentyment związany z okolicznościami, w których po raz pierwszy czytałam powieść (piękne, słoneczne lato na wyspie Afrodyty, wiatr we włosach, ktoś miły sercu u boku).
- odwiedziny w Katedrze Św. Pawła w Londynie, gdzie znajduje się nagrobek Johna Donna twórcy tekstu, którego fragment posłużył za tytuł powieści .
Moje wspomnienia sprzed lat wywołują sentyment, którego dziś nie potrafiłabym wytłumaczyć, czy spowodował je klimat powieści, czy też aura wakacyjnego romansu. Kiedy młode dziewczę czyta o tym, jak to się ziemia zatrzęsła młodym kochankom podczas ich miłosnego aktu to mało więcej go obchodzi proza życie, walka czy śmierć. Młode dziewczę śledzi losy kochanków i marzy o tym, aby i pod nim zatrzęsła się kiedyś ziemia. Kiedy czyta dojrzała kobieta, w dodatku czyta, w całkiem innych okolicznościach przyrody, ze zdziwieniem stwierdza, iż wątek romansowy jest najsłabszym ogniwem powieści.
Robert Jordan, amerykański wykładowca, weteran wcześniejszych walk, przybywa do Hiszpanii, aby wspomóc w wojnie domowej siły rewolucji walczące z prawicową opozycją. Na rozkaz generała Goltza podejmuje się zadania, które wydaje się z góry skazanym na niepowodzenie. Jordan zgłasza się do bandy Pabla, aby wraz z nią wysadzić most. Cztery dni przygotowań do walki stają się dlań esencją życia, podczas tego krótkiego czasu musi doznać wszystkiego, co w życiu najważniejsze. Dzieje się niewiele, a jednak, kiedy nadchodzi dzień wysadzenia mostu mamy wrażenie jakby nieustannie coś się działo. W oczekiwaniu na wykonanie zadania i podczas przygotowań do niego Jordan wysłuchuje opowieści członków bandy Pabla. Każda z nich jest przejmująca i dramatyczna, tym bardziej, iż opowiadane są w sposób pozbawiony emocji, językiem prostym, dosadnym, nie pozbawionym hiszpańskim zwrotów i wulgaryzmów. I o ile dosadność języka jest jak najbardziej usprawiedliwiona to trochę brakuje tłumaczeń. O walce, okrucieństwie, bólu, gwałcie, zabijaniu mówi się tak jak o zwykłych codziennych czynnościach (jedzeniu, piciu czy spaniu). Pogodzenie się ludzi z ostatecznością jest porażające. O śmierci opowiada się tutaj, jak o przejściu na drugą stronę rzeki, ona i tak nastąpi, prawdopodobnie wcześniej niż później, więc nie ma sensu się nad nią dłużej rozwodzić. Ważne jest tylko, aby nie cierpieć, no i żeby odejść z honorem.
Lepiej jest umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach.
Umieranie jest straszne tylko wtedy, kiedy trwa długo i jest tak bolesne, że upokarza człowieka.
Zarówno Jordan, jak i jego współtowarzysze snują rozważania nad
O wiele ciekawsze wydawały mi się rozmyślania pomocnika Roberto – starego Anselmo.
Postacie prezentują zróżnicowane typy charakterów, jednak poza Pablem (jedynym zdecydowanie negatywnym bohaterem i najciekawiej zarysowaną postacią) pozostali bohaterowie są trochę mało wiarygodni psychologicznie. Nieco irytowała mnie Maria. Jej uległość wobec kochanego mężczyzny jest aż przykra.
Moja ocena 4/6
4.03.2014
Srebrzynek i ja Juan Ramirez Jimenez
W swoim wpisie chciałam uniknąć tego, o czym pisały moje poprzedniczki, ale nie jestem pewna, czy mi się to udało.
Ostrzeżenie; Dla osób nie przepadających za poetyckimi i metaforycznymi opisami książka może okazać się zbyt dużym wyzwaniem.
Wydanie, które miałam w ręce zasługuje na uwagę także z powodu niezwykle urokliwych ilustracji, są to ledwie muśnięte szkice rzeczywistości, które swym charakterem zwiewności i niedopowiedzenia są znakomitym dopełnieniem treści.
Myślę, że dużą zasługą w oddaniu ducha treści ma tłumacz pan Janusz Strasburger.
Moja ocena stanu podobania się 5,5/6
29.01.2014
Dyptyk petersburski Josef Brodski
Im niżej opada rtęć w termometrze, tym wygląd miasta staje się coraz bardziej fantastyczny. Dwadzieścia pięć stopni mrozu to już dość, ale temperatura nie przestaje się obniżać i jak gdyby uporawszy się z ludźmi, rzeką i budowlami, sięga teraz idei i pojęć abstrakcyjnych. Domy wzdłuż bulwaru, z płynącym nad ich dachami białym dymem, coraz bardziej przypominają zatrzymany pociąg: jego kierunek to wieczność. (str. 24)
W Petersburgu byłam tylko raz, nazywał się wówczas Leningradem, ja miałam pięć lat i miałam nieco ponad metr wzrostu. Niewiele zapamiętałam z kilku miesięcy pobytu, ale to co zapamiętałam to klimat miasta, który odnajduję w szkicu Brodskiego Przewodnik po przemianowanym mieście. Dla mnie były to wydrążone w śniegu tunele sięgające wysokości dorosłego człowieka, słońce iskrzące się w płatkach śniegu, skrzypienie pod butami i przejmujące zimno, które hartuje człowieka na długie lata. Pamiętam, że odbierałam je, jako piękne, bajkowe i trochę groźne miasto (z powodu monumentalności budowli). Te zamarznięte sople lodu, te piękne fontanny, to sprawiające wrażenie czystości miasto (dzięki bieli śniegu) robiło na dziecku wrażenie miasta z tysiąca i jednej nocy.
W Petersburgu wszystko może się zmienić prócz tutejszej pogody. I światła. To światło północne, blade i rozsiane; oko i pamięć nabierają w nim niezwykłej bystrości. (…) …chodzenie pod tym niebem. Po bulwarach z cynamonowego granitu, wzdłuż ogromnej szarej rzeki, już samo przez się poszerza życie i uczy dalekowzroczności. W ziarnistości granitowego bulwaru w pobliżu nieustannie płynącej wody jest coś, co nasyca stopy zmysłowym pragnieniem chodzenia. Wiatr znad morza, przesycony zapachem wodorostów, uleczył tu niemało serc przepełnionych kłamstwem, rozpaczą i poczuciem bezradności. Jeśli to sprzyja zniewoleniu, niewolnikowi można wybaczyć. W tym mieście jakoś łatwiej znieść samotność niż gdzie indziej, bo samo miasto jest samotne (str. 23)
Za czasów Piotra I ziściły się dążenia dynastii Romanowów; uzyskano dostęp do morza. Marzeniem cara, człowieka nie bojącego się wyzwań, wykształconego i otwartego na zachód, pozbawionego kompleksów niższości wobec Europy było wybudowanie miasta-portu; okna na Europę. Wyzwanie było tym trudniejsze, iż budowę należało przeprowadzić od podstaw, na podmokłym gruncie i na słabo zaludnionych terenach. Był władcą i to władcą absolutnym, więc wizja zbudowania miasta innego, niż dotąd istniejące, nie naśladującego, a stanowiącego wzór do naśladowania, potwierdzającego pozycję Rosji i nadającego ton Europie, zmieniła się w rzeczywistość. Cóż z tego, że wysokim kosztem, czy przyszłe pokolenia podziwiając pomniki przeszłości będą pamiętać o krzyżach na placu budowy.
"Kiedy tak się zdarza, że wizjoner jest w dodatku cesarzem, wówczas działa bez wszelkiej litości. Określenie metod, których używał Piotr, jako "przymusowe", byłoby zbyt delikatne. Opodatkował wszystko i wszystkich, chcąc zmusić swoich poddanych do podbijania nowych obszarów. Przy Piotrze poddani korony rosyjskiej mieli dość ograniczone możliwości: pobór do wojska albo odprawa na budowę Sankt-Petersburga, przy czym trudno orzec, co bardziej groziło śmiercią. Dziesiątki tysięcy poginęły bezimiennie w błotach newskiej delty, której wyspy zyskały sobie sławę nie lepszą niż współczesny Gułag. Z tą tylko różnicą, że w wieku osiemnastym wiedziałeś, że budujesz, i miałeś szansę, że otrzymasz ostatnie namaszczenie i drewniany krzyż na mogile. Zapewne Piotr nie mógł w inny sposób wykonać swojego planu. (….) Powszechne podporządkowanie wszystkiego i wszystkich, o które starał się Jeździec Spiżowy, zrodziło rosyjski totalitaryzm, którego owoce smakują niektórym lepiej niż nasiona. Masy wymagały decyzji na skalę masową, a Piotr ze względu na swoje wykształcenie i ze względu na historię Rosji nie był zdolny do niczego innego. Traktował ludzi zupełnie tak samo, jak ziemię, na której wznosił swoją przyszłą stolicę. (…)To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. (str. 8-9)
Petersburg, zaplanowany, jako nowy Amsterdam, dziś nazywany jest Wenecją północy. To zapewne wszechobecność wody spowodowała, iż tak ważne miejsce w sercu poety zajęła potem Wenecja, tutaj powracał wielokrotnie, co znamienne wyłącznie zimą i tutaj spoczął (Znak wodny).
Dwadzieścia kilometrów biegu Newy w obrębie miasta, dzielącej się w samym jego środku na dwadzieścia pięć wielkich i małych odnóg, stwarza mu takie wodne lustro, że narcyzm staje się czymś nieuniknionym. Odbijając się co sekundę w tysiącach metrów kwadratowych płynnego srebrnego amalgamatu, miasto jak gdyby dosłownie jest stale fotografowane przez rzekę, a tak zdjęty metraż wpada do Zatoki Fińskiej, która w słoneczny dzień wygląda jak zbiornica tych oślepiających fotografii. Nic dziwnego, że niekiedy miasto sprawia wrażenie skrajnego egoisty, zajętego wyłącznie swoją własną powierzchownością. Z pewnością w takich miejscach bardziej zwraca się uwagę na fasady niż na wygląd sobie podobnych. Niewyczerpane, przyprawiające o zawrót głowy mnóstwo odbić tych pilastrów, kolumnad i portyków wskazuje naturę tego kamiennego narcyzmu, nasuwa myśl, że, przynajmniej w świecie nieożywionym, można traktować wodę jak skondensowany Czas.(str.12-13)
Kiedy Petersburg, jako kolebkę rewolucji przemianowano na Leningrad stał się on na szczęście pustą jej kolebką.
Wojna domowa szalała wokół niego i w całym kraju, straszliwe pęknięcie podzieliło naród na dwa wrogie obozy; ale tu nad brzegami Newy, po raz pierwszy od wieków, panował spokój, a trawa wyrastała ze szpar między płytami trotuarów i kamieniami bruku opustoszałych placów. Głód robił swoje, a razem z nim Czeka (dziewicza nazwa KGB), ale poza tym miasto zostało pozostawione samo sobie i swoim widziadłom. Jak długo kraj ze stolicą przywróconą w Moskwie staczał się ku przyrodzonemu sobie klaustro- i ksenofobicznemu stanowi, Petersburg nie mając gdzie się podziać, trwał nieruchomo w swoim kształcie miasta dziewiętnastowiecznego zupełnie jak gdyby pozował do fotografii. (str. 22)
Jedyną zmianą było wybudowanie na przemysłowych przedmieściach nowych budowli oraz polityka mieszkaniowa nakazująca do mieszkań ludzi bogatych dokwaterowywać biedotę. Znak wodny Brodskiego uznałam za najpiękniejszy obraz Wenecji, Przewodnik po przemianowanym mieście to portret miasta, który w sercach tych, którzy kiedykolwiek odwiedzili miasto wzbudzi nostalgię i chęć powrotu, zaś u tych, którzy nigdy tam nie byli zrodzi marzenie odbycia choćby krótkiego spaceru nad Newą.
Moje blogowe koleżanki pisząc (tutaj Imani i tu Kaye) o Dyptyku petersburskim oddały głos poecie ograniczając pisanie do zacytowanych fragmentów eseju. Myślę, że miały rację.
Nie potrafię napisać o swoich wrażeniach tak esencjonalnie i tak harmonijnie, zachowując proporcje w oddaniu odczuć zmysłowych i nie popadając w przesadę, jak czyni to Brodski pisząc o swoim mieście. Trudno wyobrazić sobie, jak na zaledwie dwudziestu paru stronach można napisać tyle o charakterze miasta, jego historii, klimacie, literaturze ("literatura rosyjska zrodziła się nad brzegami Newy" pisze Brodski), jak wyrazić tyle uczuć; tkliwości, miłości, ciepła, podziwu. I podobnie, jak w Znaku wodnym i tutaj zachwycam się prostotą i pięknem języka (ukłony w stronę tłumacza Pawła Hertza) oraz umiejętnością przekazania prozaicznej rzeczywistości w sposób poetycki i chwytający za serce.
W skład wydanego przez Zeszyty Literackiego Dyptyku petersburskiego wchodzi także esej W półtora pokoju. Jest to hołd złożony najbliższym; pełen uczucia obraz rodziców, których zmuszony był zostawić samych w półtorej pokoju, rodziców, którym nie mógł towarzyszyć w starości, chorobie, których nie dane mu było pożegnać. Próba ocalenia pamięci o przeszłości, gestów, spojrzeń, wypowiedzianych lata temu słów, zachowań, mimiki twarzy, zapamiętanych przedmiotów, zawsze wzrusza, a kiedy jest ona tak udana, jak w tym przypadku, mogę jedynie pochylić czoło przed umiejętnościami pisarza i wrażliwością człowieka.
Każde dziecko, choć w różnym stopniu, łaknie dorosłości i nie może doczekać się, kiedy w końcu opuści dom- to gniazdo, to więzienie. Wyrwać się! Ku prawdziwemu życiu! Ku szerokiemu światu. Ku samodzielności. To życzenie spełnia się w końcu. I przez jakiś czas istnieją tylko nowe horyzonty, absorbujące budowanie własnego gniazda, urządzanie własnej rzeczywistości. Potem pewnego dnia, gdy człowiek opanuje już nową rzeczywistość i osiągnie samodzielność, raptem przychodzi wiadomość, że stare gniazdo zniknęło, a ci którym zawdzięcza życie, umarli. Tego dnia czuje się jak skutek nagle pozbawiony przyczyny. Strata jest tak ogromna, że aż niezrozumiała. Umysł, spustoszony przez cios, doznaje skurczu, co jeszcze bardziej potęguje klęskę. Pojmujemy, że młodzieńczą pogonią za samodzielnością, ucieczką z gniazda, uczyniliśmy się bezbronnymi. Źle się stało, ale możemy obarczać winą naturalny porządek rzeczy. (str.51).
Kiedy czytam o rodzicach Josifa to wydaje mi się, że widzę ich na tej ograniczonej przestrzeni, tak bezbronnych w swym osamotnieniu, pogodzonych z losem, którego nie mogą i nie chcą zmienić.
Lubili operowe arie, tenory i gwiazdy filmowe czasów swojej młodości. Malarstwo nie interesowało ich zbytnio, mieli pojęcie o sztuce „klasycznej”, lubili rozwiązywać krzyżówki i byli zakłopotani i zaniepokojeni moimi próbami literackimi. Uważali, że postępuję niesłusznie, martwili się moją sytuacją, ale popierali mnie w miarę swoich możliwości, gdyż byłem ich dzieckiem. Później, gdy udało mi się tu i tam coś wydrukować, byli zadowoleni, a nawet dumni; ale wiem, że gdybym okazał się zwyczajnym grafomanem i próby moje zakończyły się niepowodzeniem, ich stosunek do mnie byłby taki sam. Kochali mnie bardziej niż siebie samego i prawdopodobnie w ogóle by nie zrozumieli mojego poczucia winy w stosunku do nich. Najważniejsze, że był chleb na stole, czysta odzież i dobre zdrowie. To były dla nich synonimy miłości, i lepsze były one niż moje. (str. 72-73)
15.07.2013
Pałac kobiet Pearl. S. Buck
15.05.2013
Ginter Grass Portret z bębenkiem i slimakiem Zbigniew Światłowski
Wydaje mi się, że to książka dla odbiorców o nieco wyższym poziomie wiedzy, bardziej zainteresowanych wyszukiwaniem znaczeń, symboliki ukrytej w powieściach Grassa. A co do tego, że dzieła noblisty pełne są ukrytych znaczeń nikt chyba nie ma wątpliwości.
To, co mnie najbardziej przypadło do gustu to wypowiedzi samego autora; napisane prostszym (choć wcale nie prostym) językiem, a przez to bardziej zrozumiałe. I dla mnie, laika dużo ciekawsze.
Gdańszczanka z ogromną przyjemnością odszukuje śladów swojego miasta w twórczości Grassa, a tych jest naprawdę ogromnie dużo. Gdybym miała wymienić jednego/ jedynego pisarza który sportretował moje miasto byłby to właśnie Gunter Grass. Paradoksalnie właśnie on, Niemiec, borykający się z ludobójczą przeszłością własnego narodu, mający za sobą wojenne doświadczenie najpiękniej odmalowuje Gdańsk- miasto swego urodzenia. Gdańsk występuje w Blaszanym bębenku, Kocie i myszy oraz Szczenięcych latach.
Nie wychodziliśmy już prawie z podziemi. Mówiono, że Rosjanie są już w Suchaninie, Pieckach i pod Siedlcami. W każdym razie siedzieli na wzgórzach, bo strzelali wprost na miasto. Główne miasto, Stare Miasto, Korzenne Miasto, Stare przedmieście, Młode Miasto, Nowe Miasto i Dolne Miasto, budowane łącznie przez siedemset lat, spłonęły w trzy dni[…] Na ulicy Spodniarzy ogień kazał sobie wziąć miarę na wiele par uderzająco jaskrawych spodni. Kościół Najświętszej Marii Panny płonął od środka i przez ostrołukowe okna ukazywał uroczyste oświetlenie.[..] W Wielkim Młynie mielono czerwoną pszenicę. Na Rzeźnickiej pachniało przypaloną niedzielną pieczenią. W Teatrze Miejskim dawano premierę Snów podpalacza, dwuznacznej jednoaktówki. Na Ratuszu Głównego Miasta postanowiono podwyższyć po pożarze, z ważnością wstecz, pensje strażaków.[…] Że spłonął Targ Drzewny, Targ Węglowy, Targ Sienny, to samo przez się zrozumiałe. Na Chlebnickiej chlebki już nie wyszły z pieca. Na Stągiewnej kipiało w stągwiach. Tylko budynek Zachodniopruskiego Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia z czysto symbolicznych względów nie chciał spłonąć” (Blaszany bębenek).
Książka jest próbą obiektywnej oceny człowieka i jego działalności i to jakże różnorodnej działalności. Grass jest przecież nie tylko pisarzem, ale i poetą, artystą-grafikiem, rzeźbiarzem ilustratorem swoich książek, grał też w zespole jazzowym. Był zaangażowanym politycznie obywatelem działającym na rzecz rozliczenia przeszłości. Grass lubił (i chyba nadal lubi) prowokować, co przysparza mu wielu przeciwników. Nie będę się tu rozpisywać na temat całej działalności pisarza poprzestanę jedynie na przedstawieniu najbardziej wstydliwego i bolesnego epizodu w życiorysie pisarza, którego nie przemilczał (bycia członkiem oddziałów Waffen SS).
Jak pisze Światłowski Grass nie znosił swojego politycznego przeciwnika kanclerza Kohla, ale zapewne mógłby podpisać się pod jego wypowiedzią, w której dziękował opatrzności za „łaskę późnych narodzin”, która pozwoliła mu uniknąć współudziału w hitlerowskich zbrodniach. Bo, jak pisał mogłoby się zdarzyć, że urodziłby się o dziesięć lat później „a wtedy w 1933 roku miałbym szesnaście, a nie sześć, a w chwili wybuchu wojny dwadzieścia dwa, a nie dwanaście lat. Podobnie, jak większość moich rówieśników ledwo przetrwałbym wojnę, ponieważ od razu byłbym objęty obowiązkiem pełnienia zasadniczej służby wojskowej. Mimo tego prawdopodobieństwa nic (lub może tylko moje życzenie) nie świadczy o tym, iż nie mógłbym się stać oddanym socjalistą narodowym. Wywodząc się z rodziny drobnomieszczańskiej, która wypierała się swego półkaszubskiego rodowodu, wychowany w niemiecko-idealistycznym duchu, mając wpojoną zasadę rasowej czystości, zachwyciłbym się imperialnymi celami i przystałbym na to, by (w imię wspólnoty narodowej) subiektywną niesprawiedliwość wytłumaczono mi jako obiektywną słuszność. W końcu lata 1939 roku gdańska SS-Heimwehr mogłaby (potwierdziłbym to na piśmie) liczyć na mnie, choć – lub ponieważ – mój wujek Franciszek pełnił służbę w Poczcie Polskiej” (Płody umysłu).
Co czuł wcielony do pełnienia służby w Hitlerjungend młodzieniec – to samo, co zapewne wszyscy jego rówieśnicy. Ogniska, poczty sztandarowe, nauka strzelania z karabinków małokalibrowych [..]Oczywiście uczniacka krnąbrność. Nuda przy pełnieniu służby…Głupawe dowcipy o partyjnych szychach, które wymigiwały się od służby frontowej i pogardliwie nazywane były złotymi bażantami. Ale opór? Ani śladu, choćby tylko w strzępach myśli. Raczej już podziw dla wojennych bohaterów i tępa, niczym niewzruszona wiara, której dzisiaj się wstydzę” (Schrreiben nach Auschwitz). Prawdziwy wstyd i zrozumienie przyszły dopiero po procesie norymberskim, kiedy doszło do świadomości, że „naszej hańby nie da się usunąć ze świadomości, ani wymazać” (Portret z bębenkiem i ślimakiem str. 19). Zapewne dlatego „Grass świadkowanie zbrodniom popełnionym przez Niemców, a jednocześnie walkę ze społeczną niepamięcią, uczyni naczelnym imperatywem swego pisarstwa” (Portret z bębenkiem i ślimakiem str. 29)
Z książki można dowiedzieć się wiele o jego działalności twórczo-politycznej. Pomijając to nagromadzenie cytatów innych badaczy na temat twórczości Grassa sam autor pisze ciekawie i w sposób rzeczowy, analizuje twórczość noblisty patrząc nań z różnych punków widzenia. Bohater został przedstawiony, jako wielki, utalentowany, wrażliwy człowiek, ale nie pozbawiony wad. Pisarz, tak kontrowersyjny jest przez wielu podziwiany i szanowany, bowiem:
...mało który pisarz współczesny szczycić się może tak liczną i doborową zarazem gminą administratorów co Günter Grass. Ale kocha się go z różnych powodów. Jedni uwielbiają pełnego inwencji "bajarza", który wyjałowionej po awangardowych eksperymentach epice przywrócił narracyjną barwność i imaginacyjną swobodę. Innym najbliższy jest surowy krytyk niemieckiej historii, kronikarz jej krwawych i haniebnych epizodów, anarchiczny prześmiewca i obrazoburca, kpiną godzący w nacjonalistyczne ideologie, patriotyczne mity, kłamstwa polityki i kłamstwa kultury. Literaccy smakosze rozkoszują się językową wirtuozerią i witalnością Grassowskiej prozy, w której polifonicznie współbrzmią plebejska dosadność, baśniowe zaśpiewy, barokowa elokwencja, delikatny liryzm...
Książka jest też dobrą okazją do poszerzenia zasobu słownictwa. Nie wiem, jak wy, ale dla mnie takie słowa jak: tromtadracja, blasfemia, tauromachiczny, persyflaż były powodem sięgnięcia do słownika.
Książka interesująca, godna polecenia, choć niełatwa w odbiorze.








