Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczestnik - Anna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczestnik - Anna. Pokaż wszystkie posty

23.07.2018

"Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy" Swietłana Aleksijewicz


Czwarta książka Aleksijewicz, czwarty raz nie znajduję słów, by napisać coś mądrego. Odczekałam kilka dni, ale nie czuję się mądrzejsza, bardziej elokwentna i gotowa do napisania recenzji. Mam w sobie podobne emocje, jak po lekturze Małej zagłady - bo czytałam ją niedawno, więc pierwsza mi się nasuwa, ale mogłabym tu wymienić każdą książkę traktującą o wojnie. Nie rozumiem, nie chcę i nie będę rozumieć. Dziwię się, czuję obezwładniający stupor i złość. I obrzydzenie. Wojną i jej gloryfikacją. I tym, że człowiek nie wyciąga żadnych wniosków.

Aleksijewicz i tutaj słucha. Tak jak słucha kobiet, które wzięły udział w wojnie, tak jak słuchała ofiar katastrofy w Czarnobylu, teraz słucha ludzi, którzy w czasie wojny mieli cztery lata, siedem lat, jedenaście. Byli dziećmi. Wskutek przeżyć stracili mowę, słuch, chęć do życia. Stracili matkę, ojca, rodzeństwo. Widzieli rzeczy potworne. Lęk nie opuścił ich do końca życia, tak jak bezradność, złość, smutek, niezdolność do nawiązywania bliższych kontaktów. I głód. Głód fizyczny i głód dotyku, miłości, czułości. Gdybym tę książkę czytała, trwałoby to pewnie wieczność. Nie zniosłabym więcej niż kilku stron na raz. Słuchałam jednak spokojnego, wyważonego głosu Krystyny Czubówny. Często nie mogłam zatrzymać nagrania i słuchałam, słuchałam, a rozpacz we mnie narastała. Czułam to, co czuły dzieci i nadal czują opowiadający dorośli. 

Cóż więcej pisać? Siłą tej książki jest autentyzm opowieści - Aleksijewicz nie komentuje, nie uzupełnia, nie stawia pytań, jest przeźroczysta. Słucha. I pozwala mówić, niektórzy z rozmówców otwierają się po raz pierwszy. Większość cierpi, z trudem relacjonuje, płacze. Opowiadają ludzie wszelkich profesji i pochodzenia - inżynierowie, nauczycielki, krawcowe, robotnice, Cyganka, renciści.
Zdumiewające jak z przecież niezbyt oryginalnego pomysłu, Białorusinka potrafi stworzyć dzieło.  Każdy mógłby wybrać kilkanaście osób i ich wysłuchać, ale tylko Aleksijewicz potrafi stworzyć z relacji tak wyjątkowy dokument. Polskie wydanie nie byłoby też zapewne tak świetne, gdyby nie wspaniała praca tłumacza, za którą należą mu się specjalne podziękowania.

To lektura obowiązkowa, choć nie mam nadziei, że ludzkość wyciągnie z niej wnioski. 

6.02.2018

"Pogrzebany olbrzym" Kazuo Ishiguro


Przebrnęłam z trudem przez tę książkę, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że na powrót do prozy Ishiguro niekoniecznie wybrałam dobrą powieść. Zupełnie nie pamiętam, którą książkę noblisty już przeczytałam, mam tylko wrażenie, że nie bardzo mi się podobała i może faktycznie stylistyka tego prozaika nie wpisuje się w mój gust.

Pogrzebany olbrzym utrzymany jest w konwencji fantasy, aczkolwiek Ishiguro korzysta tylko z motywów koniecznych do nadania odpowiedniego tła. Główni bohaterowie - Axl i Beatrice są zupełnie zwyczajni. Ta starsza wiekiem para mieszka w średniowiecznej Anglii, w której współegzystowały plemiona Brytów i Saksonów. Poarturiańska kraina spowita jest mgłą zapomnienia. Ludzie nie znają swojej przeszłości, nie poznają własnych dzieci, nie pamiętają powodu swoich zmartwień i lęków. Axl i Beatrice są jednymi z nielicznych, którzy dostrzegają własny brak wspomnień. Z trudem przypominają sobie o swoim synu i podejmują decyzję, by wyruszyć na jego poszukiwania. Nie jest ona łatwa, ponieważ zależni są od wspólnoty, w której żyją oraz nie wiedzą dlaczego ich syn ich opuścił, ani dokąd się udał. 


W trakcie wyprawy przypominają sobie drobne fakty, które mogą rzucić cień na ich miłość. Ich wędrówka to także poszukiwanie genezy niepamięci. Gdy para odkrywa, że przyczyną tego stanu jest oddech smoczycy Querig, postanawia wziąć udział w jej zgładzeniu. W trakcie swojej misji poznają wiele typowych dla powieści fantasy postaci - jest tu młody chłopak pogryziony przez magiczne stworzenie, są złośliwe stworki, a także rycerz króla Artura - sir Gawain. 


Wraz ze zbliżaniem się do smoczycy, coraz istotniejszym staje się pytanie - czy usunięcie zapomnienia będzie dla ludzkości błogosławieństwem czy przekleństwem. Żyjące we względnym pokoju plemiona, mogą podjąć walki, gdy przypomną sobie o krwawych wydarzeniach i żądzy zemsty. Zachwiać się może także głębokie uczucie dwojga staruszków, gdy wypłyną zadry z przeszłości. 


To powieść pełna niedomówień. Tak jak jej bohaterowie toną we mgle niepamięci, tak i czytelnik brnie przez niedomówienia i domysły. Ishiguro nie zadaje sobie trudu wyjaśniania czegokolwiek, poświęcając całą swoją uwagę niespiesznemu językowi oraz skomplikowanej i teatralnej stylistyce. Od lektury odrzucała mnie jednak nie tylko ta maniera, ale sama treść zawieszona między fantazją, a realizmem. Zbyt baśniowa, zbyt wydumana i nie dająca żadnych odpowiedzi. Nie oczekuję ich zresztą od prozy, raczej punktu zaczepienia i zachęty do własnych przemyśleń, których tutaj niestety nie znalazłam.

29.10.2017

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz


Jestem pacyfistką, nienawidzę wojny, ani niczego, co w jakiś sposób związane jest z wojskowością. Nigdy nie kupiłam dzieciom ubrania, którego wzór w jakikolwiek sposób przypominałby moro, nigdy nie zachęcałam ich do zabaw, imitujących wojnę, nie kupowałam militarnych zabawek i zabraniałam innym, darowania im takich. Nigdy nie byliśmy na żadnych paradach, ani pokazach wojskowych. Czytając reportaż Aleksijewicz jeszcze bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu, a ostatnia wypowiedź w książce dosłownie mnie zamurowała. Słowa tej kobiety oddają dokładnie to, co powyżej napisałam i co kotłowało się w mojej głowie podczas lektury.

Opowieści wojenne kobiet w żaden sposób nie przypominają męskich. Pamiętam, jak wypytywałam dziadka o wojnę i jak on wspominał nazwy jednostek, miejsca, przesunięcia, obozy, ale mnie wtedy  interesowało, co się działo w okopach, co czuł i jak przeżył pobyt w wojsku. Mimowolnie miałam więc spojrzenie kobiece, takie, jakie opisuje Aleksijewicz. Jej kobiety nie wspominają bowiem nazw jednostek, ani wielkich bitw, opowiadają za to o codzienności na wojnie. Niemal wszystkie z nich zostały żołnierkami jako młodziutkie dziewczyny, często dopiero szesnastoletnie. Większość z nich zaciągnęła się na własną prośbę, a często musiały o pozwolenie dostania się do pierwszej linii walczyć. Pełne idealizmu nastolatki pragnęły bronić ojczyzny, nie miały żadnego wyobrażenia wojny, ani konkretnej wiedzy o wojsku. Pierwsze spotkanie z frontem było dla nich szokiem ale największa trauma nadchodziła zawsze dopiero po zwycięstwie. Życie w czasie wojny toczyło się na adrenalinie, kobiety spełniały swoje zadania, nie zastanawiając się, ani nie analizując. 

Aleksijewicz przeplata wypowiedzi kobiet, grupuje je tematycznie, tworząc w ten sposób reportaż ciekawy i unikając monotonii. Wspomnienia są krótkie, ale nie muszą być rozwlekłe, by poruszyć czytelnika. Kobiety opowiadają o tęsknocie za kwiatami, poczuciem kobiecości, brakiem domu, w czasie wojny borykały się z zupełnie innymi problemami niż mężczyźni. Armia nie była przystosowana na przyjęcie dziewczyn - brakowało dla nich strojów, nie tylko o żeńskim kroju, ale także w odpowiednim rozmiarze, nie miały podpasek, możliwości mycia bardzo długich włosów, często były jedyną kobietą w wąskim i ciasnym okopie. Wraz z obcięciem włosów i przywdzianiem męskiego munduru traciły kobiecy chód, zwyczaje, a nieczęsto i miesiączkę. Oprócz przyziemnych problemów, trawiła je tęsknota za pozostawionymi dziećmi, martwiły się o matki, rodzeństwo. 

Co ciekawe, kobieca wizja wojny, nie była pożądana. W Związku Radzieckim obowiązywały wspomnienia bohaterów, pozbawione opisów głodu, wszy, krwi i wszystkiego, co mogło im ująć godności. Wypowiedzi kobiet często były cenzurowane już przez ich mężów. Aleksijewicz jako pierwsza oddała im głos, szukając wspomnień, na które odważały się tylko, gdy poczuły się pewnie, gdy wytworzyła się intymna atmosfera. 

Ten reportaż Białorusinki stylistycznie bardzo przypomina dwie jej książki, które już czytałam. Ponownie największym atutem jest przeźroczystość autorki, jej umiejętność słuchania oraz takiego doboru opowieści, by stworzyły spójną i nie przeładowaną całość. Przyznam, że po raz kolejny podczas lektury reportażu Aleksijewicz, musiałam walczyć ze łzami i po raz kolejny, musiałam przerywać czytanie, by zaczerpnąć tchu.

10.07.2017

"Stambuł" Orhan Pamuk


Z Pamukiem i jego Stambułem spędziłam kilka tygodni. Kilka bardzo inspirujących i wymagających tygodni. Pamuk stworzył niepowtarzalny hymn pochwalny na cześć swojego rodzinnego miasta. Jego książka pełna jest wspomnień, impresji, ciekawostek i elementów biograficznych. Tak jak życie Pamuka splecione jest nierozerwalnie ze Stambułem, tak oba te wątki przenikają się w tej książce. Nie ma Stambułu bez Pamuka i nie ma Pamuka bez Stambułu.

Może się wydać, że autor chciał początkowo stworzyć autobiografię ale spostrzegłszy, że jego życie, przede wszystkim życie jako pisarza, jest tak mocno związane z miastem, zmienił koncepcję książki. Prawdopodobnie wcale tak nie było, ale ja nie mogłam oprzeć się temu wrażeniu. Trudno osądzić, kto jest tu ważniejszy - niektóre rozdziały zdominowane są przez wspomnienia z dzieciństwa, inne znowu całkowicie poświęcone są miastu. Nie spodziewajcie się jednak przewodnika, wskazówek turystycznych czy nawet spisu ulubionych miejsc. Pamuk stara się raczej odnaleźć duszę miasta, zrozumieć źródło jego melancholijnej atmosfery, ukazać unikatowość Stambułu. 

To w zasadzie książka o przemijaniu - o ulicach, których już nie ma, o ludziach, którzy opuścili miasto, o zanikaniu ostatnich śladów ery osmańskiej. Pamukowi udaje się odtworzyć tę atmosferę, jego proza jest nostalgiczna i melancholijna. To druga książka noblisty i po raz kolejny zachwycił mnie swoim stylem - nasuwa mi się tylko jedno określenie tej prozy - elegancka. Pamuk tworzy piękne, długie, wyrafinowane zdania. Obcowanie z jego prozą to duchowa przyjemność. Podziwiam tłumaczkę, która wykonała tak wspaniałe tłumaczenie.

W tej książce na równi z prozą stawiam także zdjęcia - są ich setki, każdy rozdział ilustrowany jest mnóstwem fotografii zarówno miasta, jak i rodziny autora. Najwięcej czasu podczas lektury zajęło mi właśnie oglądanie owych zdjęć. 

Muszę przyznać, że bardziej podobały mi się rozdziały, dotyczące przeszłości Pamuka. Naprawdę zainteresowało mnie jego życie, ale także sytuacja Turków tuż po wojnie, informacje dotyczące przemian społecznych. Myślę, że rozdziały o Stambule byłyby dla mnie dużo bardziej interesujące, gdybym znała to miasto. Wyobrażam sobie taką książkę o którymś z bliskich mi miast i jestem pewna, że bym ją uwielbiała! Po lekturze mam ogromną ochotę zobaczenia Stambułu, choć zapewne nie odnajdę już takiego, jakim pamięta go Pamuk.

Orhan Pamuk, Stambuł, tł. Anna Polat, 478 str., Wydawnictwo Literackie 2008.

5.12.2016

"Młyn na wzgórzu" Karl Gjellerup


Gdyby nie Nagroda Nobla przyznana Gjellerupowi w 1917 roku, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po jego prozę. Dzięki serwisowi Wolne Lektury trafiłam właśnie na ten tytuł, zresztą jedyny tam oferowany, więc wybór był prosty. Dopiero teraz przeczytałam w jego biografii, że w swojej twórczości poruszał także wątki buddyjskie i wyraźnie autobiograficzne i podejrzewam, że te utwory są ciekawsze od Młyna na wzgórzu. 

Jakub jest właścicielem młyna, ojcem małego Janka i mężem umierającej Chrystiany. Atmosfera w młynie jest napięta - służąca w nim Lisa to kobieta demoniczna, w której kochają się wszyscy, zarówno parobek, pomocnicy jak i sam Jakub. Targany wyrzutami sumienia właściciel stara się trzymać służącą na dystans, jego żona jednak zdaje sobie sprawy z namiętności do niej i na łożu śmierci prosi męża o poślubienie kobiety, która będzie dobra dla Janka. Jakub odgaduje, że Chrystyna myśli o bogobojnej i skromnej Hannie - siostrze swojego przyjaciela i pragnie w ten sposób wyrazić swoją obawę przed małżeństwem z Lizą, której Janek nie lubi. 

Po śmierci Chrystyny, pochodząca z kłusowniczej rodziny Liza stawia sobie za cel zostanie młynarzową i konsekwentnie omotuje Jakuba, na przykład wzbudzając w nim zazdrość. Ten natomiast spędza dużo czasu w leśniczówce przyjaciela, by spotykać się z Hanną, a także by uciec od dusznej atmosfery w młynie. Mimo to wewnętrzna walka między czystą miłością, a grzeszną namiętnością nigdy się nie kończy. A właściwie kończy się tragedią.

Młyn na wzgórzu nie zachwycił mnie właściwie niczym - językowo bardzo rozwlekły, liczne opisy natury, nastrojów są nudne, spostrzeżenia dotyczące uczuć, charakterów niemniej nieciekawe. Nawet sam konflikt wewnętrzny głównego bohatera wydał mi się wręcz śmieszny, a demonizm i owijania wokół małego palca poszczególnych samców przez Lizę bardzo nierealne. Ten szkic kobiety na wskroś złej, pochodzącej z niegodziwej rodziny i ukazanie w kontraście pogodnej, bogobojnej i cichej przeciwniczki nie zdał egzaminu czasu.

Nie jestem w stanie ocenić słuszności przyznania Nagrody Nobla Gjellerupowi, gdyż nie dostał jej za konkretną powieść lecz za różnorodną twórczość poetycką i wzniosłe ideały i z tym drugim spostrzeżeniem mogę się zgodzić. Ideałów w tej powieści zaiste nie brak, jego poezji jednak nie zamierzam poznawać.

26.07.2016

"Widok z Castle Rock" Alice Munro


Po drugim podejściu do prozy Munro stwierdzam, że się z nią chyba nie polubię. Przepadam za historiami rodzinnymi, za poszukiwaniem przodków i splataniem odnalezionych informacji w całość. Na taką wyprawę w przeszłość wybrała się autorka. Najstarsze dokumenty zaprowadziły ją do Szkocji, gdzie tropiła informacje o rodzinie Laidlawów. Pierwsza część książki to właśnie mozaika faktów i dopisanych do nich historii, zlepek pojedynczych informacji, fragmenty i urywki połączone w całość.

Munro opisuje trudne, pełne wyrzeczeń życie na szkockim pustkowiu oraz emigrację do Ameryki. Większa część rodziny osiadła na terenach kanadyjskich ale nowy świat nie okazał się być przyjazny. To ponownie wyrzeczenia, poznawanie nowego kraju, ciężka praca i walka z przyrodą.

Ostatnia część książki to dzieciństwo autorki, lata młodzieńcze i w końcu wiek dojrzały. Wszystkie jedenaście opowiadań tworzą spójną całość - to właściwie powieść, a opowiadania w moim odczuciu mają funkcję rozdziałów. Język noblistki jest stosunkowo prosty, dopasowany do opisywanych wydarzeń. To przecież książka o zwykłym życiu zwykłych ludzi. Ich losy kręcą się wokół walki o przeżycie, ich dogmatem jest uczynność, religijność i prawość. Nie ma miejsca w ich życiu na fanaberie, artyzm czy rozrywkę.

W zasadzie nie mogę tej książce nic zarzucić, mimo to zabrakło mi w niej ikry, tego nieuchwytnego składnika, który nie pozwala oderwać się od lektury. Po raz kolejny Munro zaprezentowała mi dobrą prozę, która jednak w żaden sposób mnie nie porwała i nie pozostawiła po sobie żadnego wrażenia. Pewna jestem, że za miesiąc nie będę już pewnie pamiętać wiele z treści. Nie sądzę, bym skusiła się na kolejne spotkanie z prozą Munro.

6.11.2015

"Czarnobylska modlitwa" Swietłana Aleksijewicz


Gdy odkładałam lekturę Aleksijewicz na później, zdawałam sobie sprawę, że, tak jak w przypadku wielu książek z mojego stosu, to zbrodnia. Dobrze, że Aleksijewicz dostała Nobla, dzięki nagrodzie wreszcie sięgnęłam po jej książkę i pewna jestem, że postaram się przeczytać wszystko, co napisała.
Czarnobylska modlitwa to taki typ lektury, który mnie najbardziej pociąga - poruszający, pouczający (wiem, że to słowo brzmi głupio, a może śmiesznie, ale to jest właśnie to, czego w książkach szukam), a przede wszystkim nie przekombinowany. Bez zbędnych zdań, efektów, ozdobników.

Dopiero podczas lektury tej książki zdałam sobie sprawę, jak mało o katastrofie w Czarnobylu wiedziałam, żeby nie powiedzieć, że właściwie nie wiedziałam nic. Moje wspomnienia ograniczają się tylko do płynu Lugola podawanego w szkole, a przecież wcale nie byłam taka mała. Mam wrażenie, że to wydarzenie wcale nie było dyskutowane lecz przyjęte z kolejnym wzruszeniem ramion wobec sprawy, na którą i tak nic nie można zaradzić, ale być może się mylę?

Aleksijewicz słucha Białorusinów, którzy mieli bezpośredni kontakt z elektrownią i wybuchem. Białorusinów właśnie, bo ten niewielki naród najbardziej wskutek katastrofy ucierpiał. O swoich przeżyciach, a przede wszystkim życiu po katastrofie opowiadają kobiety, mężczyźni, dzieci, ludzie prości i naukowcy, lekarze, strażacy i rolnicy. Każdy inaczej wspomina swoje przeżycia ale wszyscy są w kilku punktach tego samego zdania - ich życie zmieniło się po katastrofie kompletnie, brak informacji i wiara w siłę radzieckiego człowieka uśpiły czujność, a teraz czują się naznaczeni i pozostawieni sobie, ich trauma jest większa niż po wojnie. Ów powracający niemal w każdej opowieści homo sovieticus, tutaj określany jako radziecki człowiek, najbardziej mnie zainteresował. Dopiero dzięki tej książce zrozumiałam ten fenomen i zachowanie znanych mi Rosjan. Aż trudno uwierzyć, że można było wychować społeczeństwo na tak dalece oddane państwu, tak gotowe do poświęcenia swojego życia i tak zastraszone przez władzę, którą mógł być zaledwie bezpośredni zwierzchnik. To, co działo się po katastrofie nie mieści się w głowie normalnego człowieka - wysyłanie setek, tysięcy osób na pewną, potworną śmierć, zatajanie i prowizorka w imię nie wiadomo właściwie czego...

Czarnobylską modlitwę czytałam ponad tydzień (dopiero teraz z zaskoczenem odkryłam, że ma tylko 288 stron!), nie byłam w stanie przyjąć więcej niż jedną rozmowę na raz. Słowa raniły, emocje wdzierały się we mnie, a wyobraźnia szalała. Ta książka sprawiała mi niemal fizyczny ból. Mimo to uważam, że należy ją przeczytać, by zrozumieć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

11.03.2015

"Na wschód od Edenu" John Steinbeck



Powieść Steinbecka zachwyciła mnie niemal wszystkim. Językiem, rozmachem, charakterami, polemikami, odwołaniami i przedstawioną historią. To literatura, która zaspakaja wszystkie potrzeby czytelnika. Nie wiem dlaczego ta książka tak długo stała na mojej półce - chyba odstraszał mnie drobny druk. Po raz kolejny przekonałam się, że najlepszym sposobem na zapoznanie się z klasyką są w moim przypadku audiobooki. Mieczysław Morański od razu wprowadził mnie w klimat powieści, co jest dla mnie ewenementem. Jak dotąd polscy lektorzy odstraszali mnie od tej formy czytania.

Pobieżna kwerenda u wujka google potwierdziła moje przypuszczenia - o powieści Steinbecka napisano chyba wszystko i przeanalizowany najmniejszy jej aspekt. Nie warto więc streszczać jej treści czy powtarzać ogólnie dostępne interpretacje. Spróbuję może skupić się na tych aspektach, które mi się podobały. 

Przede wszystkim rozmach, o którym już wspomniałam. Szeroko zakrojona historycznie, obejmująca losy kilku pokoleń powieść to jest to, co najbardziej lubię. Współcześnie rzadko spotyka się książki tak obszerne i wyczerpujące. Steinbeck mocno osadza opowieść w ówczesnych realiach amerykańskich, szkicując spory kawałek historii tego kontynentu. Przede wszystkim jednak konstruuje mocne, wyraziste charaktery, opierając na nich rozważania nad dobrem i złem. Tytuł powieści oraz imiona postaci przywołują na myśl biblijną opowieść o Ablu i Kainie, która faktycznie staje się centralnym punktem książki. Adam i jego brat Karol a potem synowie Adama - Kaleb i Aaron odgrywają na nowo braterską rywalizację. Wszystkie te postaci stale zadają sobie pytanie o istotę dobra, o walczący z nim tkwiący w każdym człowieku pierwiastek zła. Jednak to, co decyduje o człowieku to nie jego skłonności, a wolny wybór. Steinbeck prowadzi swoje rozważania pod postacią dyskusji Sama Hamiltona - irlandzkiego imigranta, wynalazcy i autorytetu doliny Salinas oraz Li - chińskiego służącego Adama. 
Ich pointą, istotą i sensem biblijnego konfliktu jest swoboda wyboru, możliwość decyzji, ciągła walka dobrego ze złem. Najwyraźniej przedstawia ją Steinbeck w rozważaniach Kala, który mając swego brata za ucieleśnienie dobra, nieustannie zwalcza swoje złe w jego mniemaniu rysy charakteru. Tymczasem i Aaron nie jest bez skazy - skoncentrowany na sobie, ogarnięty swoimi problemami, a potem bólem, nie zważa na dobro innych. 

Li jest zdecydowanie moim ulubionym bohaterem powieści. Od pierwszego wejrzenia wzbudził moją sympatię - za spokój, mądrość i stoicyzm i cierpliwość. 
Drugą postacią, która wywiera największe emocje w czytelniku jest demoniczna Cathy, która zamienia się w burdelmamę Kate. Niejednoznaczna, zagubiona Kate wydaje się być ucieleśnieniem zła, pokuszeniem, wcieleniem diabła, a może edeńskiego węża? U końca życia jej fasada zaczyna jednak się kruszyć, żelazna konsekwencja ustępuje czynom sentymentalnym?, emocjonalnym?, a jej wyznanie, w którym porównuje się do Alicji z Krainy Czarów zupełnie mnie zaskoczyło.

Marlow pisze, że Cathy jest jedyną osobą, pozbawioną biblijnych nawiązań - nie jestem przekonana czy taki był zamiar Steinbecka. Jak wyżej wspomniałam, niemal automatycznie łączyłam jej postać z biblijnym wężem, kusicielem, a może nawet drugą twarzą Ewy?

Kilka słów o tytule jeszcze, tutaj także Marlow zastanawia się nad jego doborem. Ja nie odczytuję go jako miejsca, do którego któryś z bohaterów, podobnie do Kaina, powinien uciec. Dla mnie biblijny obszar, mieszczący się na wschód od Edenu do dolina Salinas, która reprezentuje cały świat. To miejsce, w którym teraz żyją ludzie, potomkowie Kaina, jego spadkobiercy, naznaczeni przez Boga, postawieni przed bolesnymi wyborami.

18.09.2014

"Zrozumieć życie" Nadine Gordimer




W powieści Gordimer najbardziej podobał mi się tytuł. I okładka. Reszta przemknęła obok mnie. Wprawdzie historia Paula Bannermana, ekologa, który po zachorowaniu na raka tarczycy oraz kuracji jodem, przebywa w domu rodziców, by zaoszczędzić żonie i trzyletniemiu synkowi promieniowania, wydaje się na pozór być ciekawa ale właśnie tylko początkowo. Akcja powieści rozpina się w czworoboku, tworzonym przez Paula, jego żonę Berenice oraz jego rodziców Adriana i Lyndsay. 

Żadna z tych postaci jednak nie przyciąga uwagi czytelnika na tyle, by zdążył poczuć do niej sympatię. Oczywistym jest, że tytuł i sens powieści odnosi się do zmian w życiu czy też do szukania jego sensu przez każdą z tych osób. Po krótkiej rekonwalescencji Paul wraca do pracy, a jego działania koncentrują się na chronieniu rzeki Okawongo, gdzie wielki australijski koncern chce rozpocząć wydobywanie surowców. Berenice, odnosząca sukcesy w agencji reklamowej, pragnie drugiego dziecka, a stojący u progu emerytury Adrian i Lyndsay odbywają brzemienną w skutki podróż do Meksyku. Sporo tutaj wydarzeń, które jednak nie mają najmniejszego wpływu na dynamikę akcji. Wszystko dzieje się obok bohaterów, którzy wydają się być zamknięci w swoich kokonach.

I chociaż noblistka porusza tutaj wiele istotnych tematów, takich jak ekologia, ochrona natury, współżycie białych oraz czarnych, czy dzieci zarażone wirusem HIV, to nie odczuwam, by te tematy zostały pogłębione lub by czytelnik został zachęcony do refleksji.
Także styl autorki nie trafił w mój gust. Wprawdzie jego surowość dobrze komponuje się ze sposobem przedstawiania świata i mimo że wyjątkowo lubię krótkie, dosadne zdania, to tutaj miałam wrażenie, że ślizgam się po słowach, nie sięgając ich głębi.

14.09.2014

"Życie mrówek" Maurycy Maeterlinck




Gdyby nie fakt, że Maeterlinck jest noblistą, nigdy w życiu nie sięgnęłabym po tę książkę. Jakimś cudem mrówki niekoniecznie znajdują się w centrum moich zainteresowań, no chyba, że maszerują przez środek mojego pokoju, co w Portugalii zdarza się dość często.

Belgijski noblista napisawszy książki o życiu pszczół i termitów zainteresował się mrówkami, jego zdaniem, najbardziej inteligentnymi owadami. Ta niewielka pozycja analizuje życie mrówek, we wszystkich jego aspektach, Maeterlinck nie zapomina o ich różnorodności, biorąc na warsztat różne gatunki. Autor powołuje się na badania licznych myrmekologów, uzupełniając je własnymi spostrzeżeniami, często stricte filozoficznymi. Ze słów noblisty wyczytać można ogromny respekt i fascynację tymi owadami, szczególnie porównania ze światem ludzi wypadają na korzyść mrówek:

"W świecie ludzkim szczęście jest przede wszystkim negatywne i pasywne; czujemy się szczęśliwi wówczas, gdy nie cierpimy. U mrówek jest ono uczuciem pozytywnym i czynnym, jak gdyby pochodziło z jakiejś innej planety. Fizycznie, czy organicznie, mrówka czuje się szczęśliwą wówczas, gdy uszczęśliwia wszystkich naokoło siebie."

Z ciekawością przeczytałam tę szczupłą książkę, aczkolwiek nie odnalazłam w niej znamion geniuszu na miarę noblisty. Lekturę umiliły mi świetne ilustracje Katarzyny Słowiańskiej - nie spodziewałam się  po tej niepozornej publikacji aż tak udanego wydania.

13.09.2014

"Spadkobiercy" William Golding




Aż wstyd się przyznać ale nie znam słynnego Władcy much, a po lekturze Spadkobierców nie jestem pewna czy sięgnę po tę najbardziej znaną powieść noblisty.
Zdaję sobie sprawę, że treść tej książki na pewno jest odmienna, ale nie przekonał mnie styl Goldinga.

Spadkobiercy to niewielka powieść, opisująca życie Neandertalczyków, którzy przemieszczają się na zamieszkiwane przez nich latem tereny. Już podczas wędrówki zauważają, że coś nie zgadza. Okazuje się, że przez obszar wokół ich jaskini oraz pobliskiego wodospadu przemieszcza się grupa ludzi. Jej członkowie są bardziej liczni, a przede wszystkim stoją na o wiele wyższym szczeblu ewolucyjnym. Nie tylko różnią się wyglądem i budową ciała, ale umiejętnościami. Władają łukiem, nie boją się wody, potrafią budować łodzie, znają działanie alkoholu. 
Neandertalczycy są bardziej związani z naturą, o ile w przypadku prehistorii w ogóle można stosować takie rozróżnienie, bardziej lękliwi i zacofani. Równocześnie ważna dla nich jest grupa, więzi, mają swoistą religię, hierarchię oraz mocno rozwinięte zmysły takie jak węch czy wzrok. 
Przez jedenaście rozdziałów to właśnie Lok, jeden z Neandertalczyków jest narratorem. Golding przedstawia świat jego oczyma. Nie przeczę, że to najlepszy element tej powieści. Czytelnik podąża za Lokiem, rozumie jego sposób pojmowania świata i czuje do niego sympatię. Nowi ludzie wydają się być brutalni, krzykliwi, niezorganizowani, mimo to fascynują Loka i jego towarzyszy, wzbudzają lęk i równocześnie przyciągają. Spotkanie z nimi skończy się dla słabiej rozwiniętej grupy tragicznie. 
Nowi ludzie otrzymują prawo głosu dopiero w ostatnim rozdziale, w którym okazuje się, że także oni odczuwają lęk i niepewność. 

Powieść Goldinga jest alegorią świata współczesnego. Współczesnym społeczeństwem rządzą podobne mechanizmy. To gorzka refleksja, ukazująca człowieka jako stworzenie chciwe, żądne władzy i brutalne. 
Mimo że fabuła Spadkobierców nie jest nudna, noblista nie zbudził we mnie zachwytu swoją prozą, przede wszystkim nie zmusił do głębszych przemyśleń, nie zaskoczył innowacyjnym stylem czy spojrzeniem na świat. 

27.06.2014

"Zeszyty don Rigoberta" Mario Vargas Llosa




Niestety dopiero niedawno sięgnęłam po kontynuację świetnej Pochwały macochy. Niestety, bo pewna część faktów i wrażeń umknęła mi już z pamięci. Mimo to z przyjemnością przeczytałam tę pozycję i ponownie zachwyciłam się giętkością języka noblisty.

Lukrecja musiała opuścić dom męża i wraz z zaufaną służącą mieszka sama. Od pewnego czasu jednak regularnie odwiedza ją Alfonso, który czyni wszystko, by pogodzić ojca i macochę. Równocześnie Lukrecja zaczyna otrzymywać anonimowe listy, w których opisywane są seksualne fantazje, bazujące na konkretnych obrazach. Opisy te przypominają jej nocne przygody z mężem i rozpalają tęsknotę.

Diabolicznie niewinny Alfonso naciska na Lukrecję, by zaczęła odpisywać na anonimy, opowiada jej o samotności ojca i czyni wszystko, by macocha wróciła do domu. Równocześnie ponownie roztacza swój czar, wzbudzając namiętność w Lukrecji. Ich pozornie niewinne rozmowy kręcą się wokół twórczości Egona Schielego. Uczący się malarstwa Fonsito całkowicie zafascynowany jest tym malarzem - studiuje szczegółowo jego życie, interesuje się jego sztuką, podkreślając jej seksualny aspekt i w końcu co raz odnajduje kolejne podobieństwa do Austriaka.

Całkowicie skołowana Lukrecja rozpoczyna listowną grę z mężem, żałując swojego postępku i marząc o powrocie. Autor świetnie ukazuje toczącą się równolegle wewnętrzną walkę obu małżonków.

Zeszyty don Rigoberta wydają się być powieścią dojrzalszą niż Pochwała macochy, mnie jednak ta ostatnia bardziej przypadła do gustu. W tej książce zabrakło mi ostentacyjnego naturalizmu, który naturalnie nie każdemu musi się podobać. Zdecydowanie lepiej jest czytać obie książki w niewielkim odstępie czasu, by w pełni docenić ich wartość. Mnie bardzo przypadła do gustu ta strona pisarstwa noblisty.

25.06.2014

"Miłość dobrej kobiety" Alice Munro



Tę książkę Munro wybrałam całkiem przypadkowo, może urzekło mnie coś w tytule, a może po prostu była pierwszą z brzegu na wirtualnej półce. Była to moja przedostatnia wielkanocna lektura i jedyna, z której niemal nic nie zapamiętałam. Wrażenia wyblakły bardzo szybko, i niestety już w trakcie czytania moja myśli umykały a losy bohaterek wydawały się być mało interesujące. 
Najbardziej w pamięci utkwiło mi opowiadanie o pielęgniarce, która odnajduje sens życia w pomaganiu umierającym. 
Pozostałe obrazy może zawierały ciekawe spostrzeżenia ale język i spojrzenie Munro na losy jej bohaterek, a także sama konstrukcja opowiadań mnie nie ujęły. 

Oczywiście doceniam stworzenie pełnej charakterystyki postaci na zaledwie kilkudziesięciu stronach, doceniam szeroką gamę problemów ale brakowało mi u Munro czegoś więcej niż szkicu kilku chwil, nastrojów, wrażeń. Noblistka urywa swoje opowiadania, pozostawiając szerokie pole do własnych przemyśleń (co zazwyczaj cenię), nie kusząc się jednak na własną pointę. 

Nie wykluczam, że ponownie sięgnę po literaturę Munro, cieszę się, że zdecydowałam się na poznanie jej prozy ale trochę żałuję, że się w niej nie odnalazłam.

15.09.2013

"Crainquebille" Anatole France




Tego krótkiego opowiadania Anatole France'a wysłuchałam w jedno popołudnie. Tytułowy Crainquebille to ubogi sprzedawca warzyw. Ze swoim wózkiem przemierza ulice Paryża, oferując na sprzedaż zakupione wczesnym rankiem w hali targowej warzywa. Pewnego dnia szewcowa dyskutuje z nim nad ceną porów, po ustaleniu ceny klientka wraca do sklepu po pieniądze, zabierając towar. Crainquebille czeka na swoją zapłatę, torując ruch drogowy. Dzielnicowy policjant nakazuje mu odejście. Prosty sprzedawca nie jest w stanie szybko wyjaśnić policjantowi przyczyn postoju, coś mamrocze, dyskutuje i nie słucha nakazu. Postój się przedłuża, handlarz się denerwuje, policjant tym bardziej. Dyskusja toczy się dalej, Crainquebille uparcie czeka na swoje pieniądze, a policjant nagle twierdzi, iż sprzedawca użył słów obraźliwych wobec niego. Dochodzi do eskalacji, i mimo że znajduje się świadek niewinności handlarza, policjant go aresztuje. Rozprawa sądowa jest farsą. Zdezorientowany Crainquebille nie bardzo wierzy swojemu obrońcy, świadek wydarzenia, pochodzący z wyższych sfer wprawdzie go broni, ale słowo policjanta wydaje się ważyć w oczach sądu więcej. 
Handlarz dobrze czuł się w więzieniu - zaskoczyła go czystość, rozpieściła pewność posiłku i dachu nad głową. Gdy Crainquebille opuszcza celę i podejmuję dawną pracę, nic nie jest takie samo. Stałe klientki odwracają się od byłego więźnia, a życie staje się coraz cięższe.

Anatole France w prostych, dobitnych scenach ukazuje upadek człowieka. Spokojnym życiem Crainquebille'a zachwiał przypadek, źle zrozumiane słowo, uprzedzenie wobec prostego, niewykształconego, biednego człowieka. W momencie aresztowania policjant przypieczętował przyszłość sprzedawcy.

9.05.2013

"Głód" Knut Hamsun




Jak dobrze, że książki słuchałam, inaczej pewnie bym jej nie doczytała. A tak zajęła mi dwa dni czyli cztery trasy do i z pracy. Na domiar złego nie przypadł mi do gustu lektor, nagranie zresztą pochodziło z roku 1961 i było dość ciche, co mi znacznie utrudniało słuchanie i działało na mnie jednozcznacznie usypiająco. 

Główny bohater, młody dziennikarz przymiera głodem. I niby podejmuje wiele działań, by tę sytuację zmienić ale wszystkie są jakieś takie, hmm, niemrawe. Niby pisze artykuły, niby zastawia kolejne części dobytku, m. in. ubrania, niby szuka pracy, ale nic mu nie wychodzi. Albo pieniądze daruje innym albo roztrwania, ale wciąż próbuje zachować fasadę i wygląd osoby całkiem dobrze sytuowanej. 
W pewnym momencie spostrzega, że już mu się to nie udaje - chudy, zmarznięty i obdarty liczy się każdego dnia z utratą wynajmowanego pokoju, a jego myśli krążą tylko wokół tematu zdobycia pożywienia. Nawet nieudolnie nawiązany kontakt z pewną dziewczyną kończy się fiaskiem. Trudno wykrzesać choć odrobinę sympatii to dziennikarza i nawet biorąc pod uwagę, że na racjonalność jego działań ma wpływ przejmujący głód, za nic nie mogłam wykrzesać odrobiny zrozumienia dla jego zachowania. Stosunkowo łatwo wzbudzić we mnie współczucie, ale nawet na tyle mnie nie było stać:( Słuchałam jak młody mężczyzna szuka pożywienia, szuka miłości, szuka zrozumienia i nie dziwiłam się, że nie potrafi ich odszukać. 

Czytając najsłynniejszą powieść noblisty nie sposób uniknąć przemyśleń na temat zasadności przyznania tej nagrody. Na pewno nie są to rozważania podparte gruntowną wiedzą, raczej refleksje zwykłego czytelnika - jak się pewnie domyślacie, nie mogłam znaleźć w Głodzie ani jednego punktu, który w moich oczach windowałby Hamsuna do tego szacownego grona. 

6.05.2013

"Cesarzowa" Pearl S. Buck



Buck poświęciła swoją powieść życiu cesarzowej Tz'u Si. Kobiecie niezwykle inteligentnej, silnej i rządnej władzy. Książka Buck to jednak nie biografia lecz dogłębny rys psychologiczny tytułowej bohaterki. Niejako przy okazji czytelnik poznaje historię Chin z okresu jej panowania - to okres gdy Europejczycy zaczynają się interesować tym krajem, próbują walczyć o prawo handlu i osiedlania się. Również sytuacja wewnętrzna w Chinach nie jest najlepsza - w różnych zakątkach kraju wybuchają powstania, zachwiana jest także stabilność pochodzącej z Mandżurii dynastii panującej.

Opisując dzieje Tz'u Si Buck porusza całą gamę tematów. Jednym z nich jest kwestia tradycji - cesarzowa ceni ją ponad wszystko. Wszelakie obce wpływy odbiera jako zagrożenie kraju, jej zdaniem siła Chin leży w zachowaniu jednorodności i zamknięciu na emigrantów. Do końca swoich dni Cesarzowa nie potrafi pogodzić się z faktem, że jej kraj zamieszkują Europejczycy, którzy wywierają wpływ na jej poddanych, stawiają warunki i, w jej oczach, niszczą chińskie dziedzictwo.

Kluczowym tematem powieści jest jednak władza - władza zaborcza i dumna. Cesarzowa gotowa jest dla władzy zrobić wszystko. Szczerość jej miłości do syna blaknie, gdy chodzi o chiński tron. To pytanie przewija się przez całą powieść, a konkluzja jaka pozostaje nie przedstawia cesarzowej w pozytywnych świetle. To kobieta niezdolna do miłości, mimo że sama o głębi swego uczucia jest przekonana. Ale niezależnie czy chodzi tu o kuzyna, którego traktuje jako miłość swego życia czy o syna jej uczucie odchodzi na drugi plan, gdy zagrożone jest posiadanie tronu. Chiński tron oznacza władzę absolutną, dumę i niemal boski status. To gra warta świeczki, zwłaszcza dla osoby tak dumnej, łasej na pochwały i inteligentnej jak  Tz'u Si. Cena jaką płaci za władzę jest jednak ogromna - samotność towarzyszy jej przez całe życie, a świadomość, że nawet zainteresowanie rodziny nie jest bezinteresowne jest bolesna. Buck świetnie ukazuje rozterki tej kobiety - jej miotanie się między uczuciem i genialnym umysłem, który wszelkie słabości każe odsunąć i  konsekwentnie dążyć do celu. Cesarzową mogę podziwiać ale nie zrozumiem motywów jej postępowania. Ogranicza mnie z pewnością moja mentalność, bardzo odległa od chińskiej oraz serce matki, dla której dziecko zawasze będzie stało na pierwszym miejscu.

Pearl S. Buck zadbała o każdy szczegół powieści - niezwykle dokładnie przedstawia wygląd oraz życie w Zakazanym Mieście, dba o charakterystykę wszystkich postaci, celnie analizuje ich motywy postępowania. Cesarzowa swoją objętością i wszechstronnością zakrawa na epos o ówczesnych Chinach, a równocześnie wymaga zaangażowania czytelnika. Przyznam że mnie momentami ogarniało znużenie, które jednak przyspisuję też przesytowi prozą Buck. Przeczytałam kilka jej książek i mam wrażenie, że mimo że każda z nich traktuje o innej postaci czy okresie, wszystkie obracają się w tym samym mikrokosmosie. I nie mam na myśli tu tylko miejsca akcji ale styl pisania i postrzeganie świata przez autorkę, które bezsprzecznie ma ogromny wpływ na jej prozę.

21.04.2013

"Kronika zapowiedzianej śmierci" Gabriel García Márquez




Sto lat samotności czytałam wiele lat temu, wtedy jeszcze nie prowadziłam bloga, nawet mojego kajeciku z przeczytanymi tytułami nie miałam i niestety nic z treści nie pamiętam. Od dawna chciałam wrócić do Márqueza, wyzwanie południowoamerykańskie okazało się być dobrą okazją. Na półce od dawna stała już Kronika zapowiedzianej śmierci więc długo się nie zastanawiałam.

Ta szczupła książka właściwie nie jest powieścią - to raczej szkic, reportaż nawet. Głównym bohaterem jest Santiago Nasaro oraz społeczność niewielkiego miasteczka. Akcja rozgrywa się w ciągu jednej nocy - nocy wesela Angeli Vicario i nieznajomego przybysza. Gdy okazuje się, że honor pana młodego został splamiony, ponieważ panna młoda nie zachowała czystości, rozpoczyna się nagonka na podejrzanego sprawcę czyli młodego Santiago. Ten chłopak o arabskim pochodzeniu cieszy się w miasteczku dobrą opinią, jest lubiany, ma przyjaciół i wybrankę serca. Gdy jednak bracia Angeli wyruszają pomścić hańbę siostry, cała społeczność przygląda się ich działaniom z założonymi rękoma.
Zaskakująca jest psychologia tłumu, sposób myślenia poszczególnych mieszkańców - wszyscy wiedzą o planowanym zabójstwie ale nikomu nie udaje się mu zapobiec. Márquez szczegółowo opisuje emocje i uczucie poszczególnych mieszkańców tuż przed tragedią oraz ich niemoc, ich ospałość, która dopuściła do zabójstwa.

Obraz wydarzeń uzupełniają retrospekcje, które szkicują życie głównych bohaterów. W ten sposób powstaje pełny ale i przerażający obraz społeczności małomiasteczkowej, która dopuszcza do tragedii jej członka.

Kronika zapowiedzianej śmierci jest przyczynkiem do przemyśleń na temat losu, psychologii tłumu, i przypadkowości naszego życia. 

Gabriel García Márquez, Kronika zapowiedzianej śmierci, tł. Carlos Marrodán Casas, 112 str., PIW 1991.

19.03.2013

"Lituma w Andach" Mario Vargas Llosa




Tytuł powieści Peruwiańczyka wydawał mi się być bardzo enigmatyczny. Lituma? Hmm... To nazwisko policjanta, który zostaje przeniesiony z Piury do małej osady w Andach. Naccos leży niemal na końcu świata, dopiero powstaje tu droga, a wszyscy mieszkańcy to robotnicy zatrudnieni przy jej budowie. Lituma i jego współpracownik Tomás mają jednak sporo pracy. Naccos mieści się w centrum działania terrucos. To lewacka partyzantka, której członkowie, w imię swoich przekonań, napadają na miejscową ludność, a ze szczególnym upodobaniem na cudzoziemców, niszczą i sieją postrach. 
W ostatnich miesiącach w Naccos zginęły trzy osoby - Litumie nie daje to spokoju i próbuje za wszelką cenę odkryć przyczynę zagadkowych zniknięć. Robotnicy jednak milczą, nie ufają policjantom oraz wydają się stać pod wpływem wioskowego karczmarza Dionisio i jego żony Adriany, która opętuje ich swoimi szamańskimi zdolnościami.

Długie samotne noce w Naccos to okazja do rozmów - Tomasito opowiada o swojej miłości do Mercedes, krajanki Litumy. Ta niezwykła historia bezinteresownej miłości przeplata się z wydarzeniami w Andach. Powieść Llosy łączy wiele wątków - to nie tylko historia Tomasa i aktualne wydarzenia w Andach, to także poboczne nitki, które ukazują działania terrucos, a przede wszystkim opis gór i ich mieszkańców. Lituma w Andach wydaje się być hommage na cześć Indian, gór, kultury Peru. Dumni Indianie, nieprzystępni, skryci, surowe góry, niezrozumiałe wierzenia napawają Litumę trwogą.

Bardzo podobała mi się konstrukcja powieści - płynne mieszanie wątków, z pozoru komplikujące odbiór powieści, wcale nie utrudniało lektury, raczej ją wzbogacało.

17.09.2012

"Pałac kobiet" Pearl S. Buck




Jeśli macie ochotę na powieść o silnych, świadomych kobietach, sięgnijcie po Pałac kobiet noblistki Pearl S. Buck.
Pani Wu kończy czterdzieści lat i postanawia zmienić swoją dotychczasową rolę. Uważa, że spełniła już swoje zadanie jako matka, żona oraz głowa domu Wu. Teraz pragnie usunąć się w cień, poświęcić swój czas księgom i samodoskonaleniu. By jednak umilić życie mężowi, wyszukuje dla niego młodą konkubinę, zdolną do rodzenia dzieci. Jej decyzja szokuje wszystkich mieszkańców domu i nikt nie spodziewa się jaki będzie miała wpływ na dalsze życie.

Niezwykle inteligentna, bystra, posiadająca, mimo życia w izolacji, szeroki horyzont, pani Wu błędnie oszacowała potrzeby męża oraz wybranej Drugiej Pani. Swój błąd zrozumie jednak dopiero po tym, gdy pozna obcego księdza Andre. Początkowo zatrudnia go jako nauczyciela angielskiego dla swojego trzeciego syna Fengmo. To pierwszy obcokrajowiec, który przekroczył progi niezwykle tradycyjnego domu państwa Wu. Ksiądz, a przede wszystkim jego słowa, zaczynają interesować pani Wu do tego stopnia, iż po opuszczenia domostwa przez syna, sama kontynuuje lekcje. Tych dwoje prowadzi rozmowy filozoficzno-teologiczne, które są przyczynkiem do rozważań o roli kobiety i mężczyzny, o roli religii, a także o tradycji. Zdumiewający jest rozwój mentalny pani Wu, jej stopniowe dopuszczanie nowości i akceptowanie jej u synów czy synowych.

Pearl S. Buck napisała Pałac kobiet w latach czterdziestych, zaskakuje jednak aktualność jej spostrzeżeń oraz świeżość języka. Powieść czyta się sprawnie, przyjemnie można by powiedzieć. Szczególnie interesowała mnie kwestia stopniowego ustępowania tradycji, na rzecz nowoczesnych, rewolucyjnych poglądów. Zdumiewającym jest jak surowym zasadom podlegało życie chińskiej arystokracji jeszcze w wieku dwudziestym.

Napisałam, że książka Buck ma za bohaterki silne kobiety. Niewątpliwie dominuje w niej pani Wu, jednak autorka ukazuje kobiecą niezależność i siłę na różne sposoby. Mężczyźni zsuwani są na drugi plan, może tylko poza ojcem Andre. Obok pani Wu poznajemy jednak szereg innych kobiet - jej synowe: od tradycyjnej Meng, poprzez upartą Rulan i niepokorną Linyi; jej przyjaciółkę pani Kang: matronę, kochającą dzieci i gwarny dom oraz zagubioną Druga Panią. Domostwo Wu zaludniają w końcu małe kobietki - sieroty przygarniane przez ojca Andre. Taka ilość żeńskich bohaterek, to świetna możliwość ukazania wielu aspektów kobiecości. Z ciekawością odkrywałam ich postawy, adaptację do tradycji i zasad panujących w domostwie.

Pałac kobiet to okazja do odkrywania Chin - bez pośpiechu, w wytwornym towarzystwie.

25.06.2012

"Wiwisekcja" Patrick White



Z ogromnym respektem rozpoczynałam lekturę Wiwisekcji - przerażała mnie nie tylko ilość stron ale i rzekoma trudna tematyka powieści. Tymczasem pierwsza część mnie zachwyciła. Australijska prowincja z początku XX wieku - w biednej, wielodzietnej rodzinie dorasta Hurtle Duffield. Ojciec zbiera butelki, a matka donosząc kolejne ciąże, pierze i prasuje bieliznę bogatych ludzi. 
To właśnie matka przeczuwa, że w jej najstarszym synu drzemie coś innego, coś odróżniającego go od rodziców. Może właśnie dlatego zabiera go ze sobą do domu bogatych państwa, gdzie ma on możliwość poznać (wpierw jako obserwator) inne życie. Bystry chłopiec wzbudza zainteresowanie Alfredy i Harry'ego Courtneyów. Ich córka, Rhoda, nie spełniła oczekiwań rodziców - dziewczyna jest ułomna fizycznie. 

U przybranych rodziców Hurtle rozwija się intelektualnie, emocjonalnie, a przede wszystkim artystycznie. Większa część powieści poświęcona jest opisowi dorosłego życia Hurtle'a - cenionego artysty malarza. White stworzył postać malarza, który całe życie walczy i poszukuje. Hurtle próbuje w swojej sztuce ująć sprawy niemożliwe do wypowiedzenia, do ogarnięcia. Jego próby ukształtowania i przedstawienia własnej głębi, alienują go, uniemożliwiają nawiązanie kontaktu z innymi. 
Jedyne bliskie mu osoby to kobiety. Większość z nich ma na niego działanie destrukcyjne - począwszy od Alfredy Courtney, poprzez Boo Hollingrake, Hero Pavloussi, a skończywszy na Kathy Wołkow - młodziutkiej wybitnej pianistce. Wspracie uzyskał tylko w prostytutce Nance Lightfood i swojej bratniej duszy czyli przybranej siostrze Rhodzie. 

Lektura powieści White'a nie jest lekka - mało tu dialogów, za to sporo poetyckich wręcz analiz procesu tworzenia, wnętrza Duffielda. Czytelnik śledzi jego rozwój, ewolucję myśli i przekonań, ma możliwość zrozumienia procesu tworzenia i zmagań z własną niemocą. White stworzył dzieło kompletne, studium rozwoju malarza i jego zmagań z talentem i męką tworzenia. To swoista wiwisekcja artysty. Czytelnik do ostatniej chwili próbuje wraz z Hurtlem odpowiedzieć sobie na pytanie czy można stworzyć dzieło doskonałe, dzieło wyrażające absolut. 

Wiwisekcję przeczytałam do ostatniej strony, ale nie będę ukrywać, że jej lektura była pracą, momentami ciężką, która wymagała cierpliwości i samozaparcia. To powieść z gatunku tych, które na długo zostaną w pamięci, które dają wielką satysfakcję i poczucie otarcia się o absolut.