Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczestnik - pani Katarzyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczestnik - pani Katarzyna. Pokaż wszystkie posty

15.03.2012

"Pieśń Salomonowa" Toni Morrison

To nie było moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison, uprzednio czytałam już Umiłowaną i The Bluest Eye, chociaż było to lata temu. Oprócz zdecydowanego poczucia, że książki badzo mi się podobały, nie zostało ze mną nic więcej. Może przez tę kiepską pamięć tak długo zwlekałam z przeczytaniem kolejnej jej książki. Teraz już nie będę taką zapominalską, zamierzam przeczytać wszystkie jej książki, koniec i kropka.

Będzie mi trochę trudno pisać o Pieśni Salomonowej z tego względu, że czytałam ją w języku angielskim, a dla tej powieści niezmiernie ważne jest nazewnictwo postaci, które będę musiała podać po angielsku. Głównym bohaterem jest Macon „Milkman” Dead (jego ojciec i dziadek nosili takie samo imię i nazwisko) – brzmi to, jak „makin' dead”. Dziadek Milkmana otrzymał je przez przypadek - gdy chciał się zajerestrować w biurze wolnych byłych niewolników, biały urzędnik przez pomyłkę w miejsce imienia wpisał miasto urodzenia, a w miejsce nazwiska wpisał dane o ojcu (dead). Najmłodszy Dead pracuje w biurze nieruchomości swojego ojca, rozpieszczany przez życie, jest próżny i chciwy. Nie próbuje zrozumieć własnych rodziców, czy sióstr, ani nawet najlepszego przyjaciela, aż do niezwykłej podróży, początkowo podyktowanej chciwością, a która staje się namiętnym poszukiwaniem własnych korzeni.

Zapraszam na mojego bloga po resztę wrażeń z lektury.

11.02.2012

"Światłość w sierpniu" William Faulkner

Mniej więcej w połowie lektury z ust głównego bohatera Światłości w sierpniu pada pytanie o to kiedy ludzie, w których żyłach płynie inna krew przestaną się nienawidzić. Znając miejsce i czas akcji powieści: stan Mississippi (miasto Jefferson w fikcyjnym hrabstwie Yoknapatawpha), prawdopodobnie koniec lat 20-tych, początek 30-tych XX wieku, pytanie to nie powinno dziwić, jednak czy naprawdę tak wiele od tego czasu się zmieniło?

Joe Christmas jest sierotą, nieślubnym dzieckiem, podobno w jednej czwartej Murzynem. „Podobno,” gdyż tak naprawdę nawet on sam nie jest o tym w pełni przekonany. Jego skóra jest biała, z wyglądu może przypomina ludziom trochę obcokrajowca. Dostrzegają jego inność, rezerwę, pozorną wyniosłość. Jednak, gdy tylko się dowiadują, że „ma w sobie murzyńską krew” zaczynają go traktować tak, jakby był Murzynem, czyli podle. Christmas sam nie wie kim jest, od czasu do czasu identyfikuje się z którąś grupą, ale przez większość czasu jest w stanie wojny z obiema – białą i czarną. Rozbita, czy wymykająca się, tożsamość sprawia, że mężczyzna nie ma żadnych wartości, których mógłby się uczepić, wokół których uformować swoje „ja.” Przez kilkanaście ostatnich lat swojego życia bez przerwy ucieka, nawet kiedy stoi w miejscu.

Innymi bohaterami, równie odizolowanymi, są: Byron Bunch, Lena Grove i Gail Hightower. Lena i Bunch tworzą parę niczym Maria i Józef. Ona, podróżująca pieszo z samej Alabamy, w zaawansowanej ciąży, w poszukiwaniu ojca dziecka; on, ciężko pracujący, uczciwy i bogobojny (ale nie fanatyczny) trzydziestoparolatek, który się w niej zakochuje. Lena jednak uparcie dąży do odnalezienia ojca dziecka – mężczyzny, nawet nie tyle złego, co głupiego, pustego i miernego. Gail Hightower, natomiast, jest nieczynnym już w zawodzie pastorem, który kompletnie wycofał się z życia publicznego po tym jak społeczeństwo znienawidziło go za to, że niedostatecznie dopilnował swojej, zdradzającej go, żony, która ewentualnie zostaje zamordowana w jednym z hoteli w Memphis. Jedynym znajomym Hightowera jest Byron Bunch. Pastor żyje wciąż przeszłością, ale nie własną, lecz swojego dziadka, zabitego podczas Wojny Domowej. Jego pamięć próbuje odgrywać projekcje, jak to jego waleczny dziadek zostaje zestrzelony z konia podcza bitwy, jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pamiętając, że ponoć zastrzelono go w kurniku za wykradanie kur.

Zapraszam do przeczytania całej recenzji na moim blogu.

20.01.2012

"Dom ciszy" Orhan Pamuk

Dom ciszy to prawdopodobnie jedna z najbardziej przerażających książek Pamuka, a na pewno jedna z bardziej przerażających, które czytałam ostatnio w ogóle. To również pierwsza książka tego autora, w której nagromadzenie mocno irytujących bohaterów było tak zatrważające. Ani przerażanie, ani znaczne dawki irytacji nie sprawiają jednak, że książkę czyta się źle, ani że się jej zwyczajnie nie lubi, chociaż pewnie zaliczyłabym ją do mniej przeze mnie lubianych powieści tureckiego pisarza (lecz wciąż niesamowitych). Było to zresztą dla mnie pewną nowością – denerwujący bohaterowie, a jednak świetna lektura, jak to tak?

Początek lat osiemdziesiątych, miejsce akcji to niewielkie tureckie miasto, Cennethisar, które rozwinęło się dopiero na przestrzeni ostatnich kilka dekad. Powieść składa się z przeplatanych narracji pięciu powiązanych ze sobą postaci, których wzajemne relacje doprowadzają do nieoczekiwanej tragedii...

Recep, karzeł, nieślubny syn męża Fatmy, tutaj już około czterdziesto-pięćdziesięcioletni. Jest służącym Fatmy (którą nazywa “jaśniepanią”). Tak naprawdę jedyny bohater prowadzący narrację, do którego poczułam sympatię, chociaż zastanawia jego pasywność względem, powiedzmy sobie szczerze, wrednej, Fatmy, oraz jego skrytość, oszczędność w wyrażaniu sądów i uczuć w rozmowach z innymi, pomimo niezwykle towarzyskiego charakteru.

Fatma to dziewięćdziesięcioletnia staruszka, spędzająca czas głównie w łóżku, w swoim pokoju, ewetualnie doglądająca pustej szkatułki, z której dawniej jej mąż, Selahattin kazał wyjmować kosztowności do sprzedania, bo nie posiadali innych środków utrzymania. Z zawodu był lekarzem, zajmował się jednak bez przerwy pisaniem encyklopedii, która miała oświecić zabobończy i otumaniony Wschód. Teraz szkatułka jest pusta, mąż już od dawna nie żyje, więc Fatma oddaje się rozmyślaniom o przeszłości. Najszczęśliwsze wspomnienia to te z dzieciństwa. Jednak odkąd wyszła za mąż, jako jeszcze kilkunastoletnia pannica, rozpoczyna się jej ponadsiedemdziesięcioletnia udręka i wieczne obrzydzenie.

Po reszte recenzji zapraszam na mojego bloga.

21.07.2011

"Buddenbrookowie" Thomas Mann

Gdybym nadawała swoim notkom ciekawsze tytuły niż sztampowo – tytuł i autor, to zatytułowałabym dzisiejszy wpis „Buddenbrookowie, czyli studium neurozy,” gdyż wszyscy najważniejsi bohaterowie tej powieści cierpią na nią, w takim bądź innym wydaniu. „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny,” bo taki jest pełen tytuł, to powieść, którą Tomasz Mann zaczął pisać w wieku 22 lat, a ukończył ją w mając lat 25. A nie ma chyba bardziej neurotycznego przedziału wiekowego, niż ta niby-sielska dwudziestoparoletnia „młoda dorosłość.” I w tym miejscu, nawet z moją nikłą znajomością biografii noblisty, jego życie oraz opowieść o kupieckiej rodzinie z Lubeki zazębiają się.

Głównym bohaterem jest Tomasz Buddenbrook, obowiązkowy, sumienny, ciężko pracujący dla dobra spółki, odnoszący sukcesy nawet w polityce. Najstarszy syn, chluba ojca. Na początku poznajemy go jako zwyczajnego bystrego chłopca, który wyraża chęć pracy w kantorze wraz z ojcem, zdobywania zawodowego doświadczenia. Z czasem staje się coraz bardziej zauważalne, że Tomasz Buddenbrook jest tylko aktorem dźwigającym swoją rolę jak krzyż, podczas gdy jego wnętrze wypełnia tłamszona chęć nieokreślonego wyzwolenia, wspólnoty, być może nieśmiertelności. Nie ma on jednak w sobie wiele z bohatera romantycznego, który mógłby mieć podobne rozterki. Tomasz Buddenbrook do końca pozostaje w więzieniu burżuazyjnego etosu i wizerunku.

Po resztę recenzji zapraszam na mojego bloga.

7.05.2011

"Cevdet Bej i synowie" Orhan Pamuk


740-stronicowa powieść "Cevdet Bej i synowie" stanowi coś w rodzaju sagi rodzinnej. Coś w rodzaju, dlatego że częściowo wyłamuje się ona z konwencji typowej sagi. Podzielona na trzy części, w pierwszej przedstawia samego Cevdeta Beja, jednego z pierwszych muzułmańskich kupców. Jest rok 1905. Cevdet Bej pragnie wieść dostatnie i spokojne życie, mimo to dręczy go jakiś niepokój, niepewność. Najlepiej wyraża się on w sposobie w jaki Cevdet próbuje w pewnym momencie bagatelizować i naśmiewać się z pytania "Jaki jest sens życia?", chociaż początkowo budzi w nim ono jakiś niesmak zmieszany z przerażeniem.

Część druga jest najobszerniejsza i stanowi trzon całej powieści. W odróżnieniu od części pierwszej, skupionej jedynie na handlarzu, ma ona trzech bohaterów, trzech przyjaciół. Jednym z nich jest syn Cevdeta, Refik. Wraz ze starszym bratem stara się pracować w firmie ojca. Ma młodą, śliczną żonę, która niedługo urodzi mu dziecko. Mimo to narasta w nim coraz większy niepokój - ten nierozwikłany spadek po ojcu. Refik jednak nie umie go zbagatelizować, odstawić na bok, tak jak czynił to ojciec. Opuszcza żonę i dziecko, odwiedza przyjaciela Ömera, który pracuje przy budowie tunelu gdzieś na wsi. Tam oddaje się utopijnym marzeniom i projektom o modernizacji wsi... Wspomniany przyjaciel z kolei pragnie być zdobywcą, jednak ideał zdobywania przeistacza się ostatecznie w przywilej posiadania. Ömer staje się po części tym, czym kiedyś zwykł pogardzać. Jest jeszcze trzeci przyjaciel, Muhittin. Niespełniony poeta, którego strach przed byciem ignorowanym wiąże z nacjonalizmem. Potrzebuje on jakiejkolwiek wiary, która podczepiła by go do życia, życia kpiącego od emocji, nawet jeśli to emocje wymuszone, udawane. Część trzecia natomiast skupia się na synu Refika - Ahmecie. Ahmet jest malarzem i utopijne idee jego ojca, jak również i uśpione niepokoje i lęki jego dziadka, są w nim nadal żywe. Książka kończy się dyskusją którą prowadzi Ahmet ze swoją dziewczyną na temat zasadności istnienia sztuki oraz jej tworzenia.

Po resztę recenzji zapraszam na mojego bloga.

19.03.2011

"Kolejowe dzieci" Seamus Heaney


Z tym tomikiem poezji w tłumaczeniu Piotra Sommera miałam przyjemność już tydzień temu. Trochę mnie uspokoił, wyciszył, ale bez zbędnego, i zawsze jednak fałszywego, pocieszania. Wcześniej do Heaney'a rzadko mi było po drodze, a kiedy już coś czytałam tego irlandzkiego poety, to nie czułam jego twórczości ani sercem, ani duszą, ani nawet rozumem (a ten ostatni oczywiście jest najgłupszy). Moje okazjonalne podchody były zawsze do wierszy w oryginale. Teraz więc dla odmiany postanowiłam przeczytać je w tłumaczeniu, bez najeżania się, w pieleszach.

Tomik zawiera nie tylko wybrane wiersze (raczej z wczesnego etapu twórczości), jak również i krótkie eseje, które wspominając dzieciństwo, twórczość, ale i niepewną, kruchą jakość życia w Belfaście na początku lat 70-tych, jakoś nierozerwalnie łączą się z resztą poezji wybranej przez tłumacza. Czytałam trochę od niechcenia, nie mając wyrzutów sumienia, że nie czytam w oryginale, nie porównując tłumaczeń z ich angielskim pierwowzorem. Seamus Heaney nie stał się dla mnie poetą życia, ale jednak, dzięki temu wydaniu, jest trochę bliższy, jaśniejszy. Nie objawia się w "Kolejowych dzieciach" jako noblista, wielki irlandzki pisarz, którego powinnam znać od A do Z, ale jako mały chłopiec wpisany w wiejski, bagienny krajobraz. Uspokoił mnie, zmienił tor mojego myślenia, wyegzorcyzmował kilka złych myśli i zaklął je w paru linijkach. Jestem jemu, jak i tłumaczowi, bardzo za to wdzięczna.

Zapraszam na mojego bloga.

17.02.2011

"Ciotka Julia i skryba" Mario Vargas Llosa

Moje pierwsze spotkanie z prozą Llosy, nie licząc podejścia do "Miasta i Psów" lata świetlne temu, którą zarzuciłam chyba po pięćdziesięciu stronach. Być może kiedyś ją odgrzebię i zrobię nowe podejście.

Trzeba przyznać od razu, że jest to na wskroś literatura iberoamerykańska. Nie tylko dlatego, że (naturalnie!) akcja toczy się w Peru i autorem jest peruwiańczyk. Iberoamerykańskość tej książki jest zawarta w klimacie, w sposobie snucia historii, w swoistego rodzaju impulsywności, pasji, braku powściągliwości u (większości) bohaterów. Lubię zanurzać się w takie literackie otchłanie, dla których muszę sama się trochę zmienić, aby je zrozumieć. Zazwyczaj przydarza mi się to właśnie przy lekturze pisarzy południowoamerykańskich.

"Ciotka Julia i skryba" to powieść, którą można podzielić na dwie części. Pierwsza z nich jest opowieścią o prywatnym życiu narratora, o jego pracy w rozgłośni radiowej, dość olewczym studiowaniu prawa i o jego romansie z kobietą o 14 lat starszą, rozwódką - ciotką Julią właśnie. Ja osobiście z ciotką miałam problem, bo w całym tym zestawie współpracowników głównego bohatera (Marita - alter ego autora), jego znajomych, innych ciotek i krewnych, ciotka Julia wydała mi się postacią najbardziej nijaką.

Po resztę zapraszam na mojego bloga.

20.01.2011

"Muzeum niewinności" Orhan Pamuk


"Opowieści mające szczęśliwe zakończenie nie zasługują bowiem na więcej niż kilka zdań!" to zdanie które znajdujemy na 659 stronie powieści. I dlatego właśnie ma ona ponad 700 stron. "Muzeum niewinności" zaczyna się od romansu, jaki nawiązuje się między głównym bohaterem, który właśnie ma się zaręczyć, 30-letnim Kemalem, a jego daleką, "ubogą kuzynką" Füsun. Z ich regularnymi spotkaniami trwającymi zaledwie półtora miesiąca mamy do czynienia na pierwszych 200 stronach. Potem nie dzieje się nic...

Nic, co można byłoby opowiedzieć bez odwoływania się do zapachów, kolorów, kształtów, spojrzeń i, przede wszystkim, przedmiotów.

Po resztę wrażenio-cenzji zapraszam tutaj

15.12.2010

"Likwidacja" Imre Kertész

Kupiłam "Likwidację" już dawno za kilka złotych, bez przekonania, ot tak. Bez przekonania dlatego, że lata temu przeczytałam "Kadysz za nienarodzone dziecko" i nie przypadła mi ta książka do gustu ani trochę. Ale cóż, miałam wtedy jakieś 17-18 lat, w głowie bajzel stylu Żeromskiego i poezji Skamandrytów, to co się dziwić, że Kertésza nie czułam ni w ząb.

Do tej książeczki, cieniutkiej, podeszłam więc bez żadnych specjalnych oczekiwań. I rozczarowałam się, tak jak lubię najbardziej, czyli pozytywnie. Główny bohater, redaktor Keserű, po śmierci tłumacza i pisarza B. poszukuje "powieści życia", którą B. musiał przecież napisać. I napisał. Ale nikt nigdy jej nie przeczyta, bo powieść ta jest tylko eksplikacją odmowy radości życia przez B., a także, pod jego wpływem, przez jego żonę, Judit. Nikt nigdy jej nie przeczyta, bo ta powieść pozostanie tylko pomiędzy nimi.

Po resztę zapraszam tutaj.

12.12.2010

"Nowe życie" Orhan Pamuk

Z początku, po kilkudziesięciu pierwszych stronach, miałam wrażenie, że przechodzę przez odczarowanie. Że jednak nie wszystko co Pamuk napisał jest świętością i że nie trzeba tak przeżywać. I kiedy właśnie zaczęłam sobie tak arogancko poczynać w myślach, pod koniec musiałam przyznać ze skruchą: To jednak mnie rozwala.

Zaczyna się od książki. Książki, która może tak naprawdę symbolizować je wszystkie. Główny bohater po jej przeczytaniu rozpoczyna nowe życie, rozpoczyna je, chociaż wydaje mu się, że tylko go poszukuje. Spotyka również inne osoby, także czytelników tej samej książki, które radzą sobie z ciężarem nowego życia jak mogą. Czy książka symbolizuje tylko i wyłącznie intertekstualną plątaninę cytatów, wizji, opisów przeżyć, znaków? Oznacza ona również ciężar egzystencji świadomej, ciężar wszystkich uczuć i poczynań, kronikę konfliktu świata rzeczywistego i świata naszej wyobraźni.

Po resztę zapraszam tutaj.

29.11.2010

"W sercu kraju" J.M. Coetzee

No, to jest dopiero książka! Chociaż naprawdę nie wiem, co mam myśleć o Coetzee'm. To trzecia jego powieść, którą przeczytałam. Wszystkie mną wstrząsnęły. Ale to dziwny wstrząs. To trochę wstrząs, a trochę i otrząs - z plugastwa, ciemności, zła. I nie to, że Coetzee mnie tym obrzuca. To jeszcze nie byłoby najgorsze. On to ze mnie wydobywa. Więc z jednej strony zastanawiam się zawsze, czytając go, dlaczego on mi to robi i czym sobie na to zasłużyłam. A z drugiej strony, cóż, podoba mi się to.

Podobnie było z tą powieścią. Stanowi ona monolog wewnętrzny kobiety żyjącej w kompletnym odosobnieniu, jeśli nie liczyć szorstkiego ojca-mruka i służby, która zwraca się do niej per "panienko".

Po resztę zapraszam na mojego bloga!

21.11.2010

Nobliści, ach, nobliści!

Nawet się trochę człowiek naczytał tych noblistów:

1924 Władysław Reymont (Chłopi, Ziemia obiecana, Komediantka)
1938 Pearl S. Buck (Peonia)
1946 Hermann Hesse (Wilk stepowy, Rosshalde)
1948 Thomas Stearns Eliot (całość poezji, The Murder at the Cathedral)
1949 William Faulkner (Kiedy umieram, wybór opowiadań)
1954 Ernest Hemingway (Komu bije dzwon, wybór opowiadań)
1957 Albert Camus (Obcy, Dżuma, Upadek, opowiadania)
1962 John Steinbeck (Kasztanek, Perła, Tortilla Flat, Myszy i ludzie)
1964 Jean-Paul Sartre (Mdłości)
1969 Samuel Beckett (Czekając na Godota)
1973 Patrick White (Wiwisekcja, Voss, Oko cyklonu, Drzewo człowiecze - to geniusz, co poradzić)
1978 Isaak Bashevis Singer (Spuścizna)
1980 Czesław Miłosz (Zniewolony umysł, wybór poezji)
1982 Gabriel Garcá Márquez (wszystko, ale pewnie by się znalazły drobne wyjątki)
1983 William Golding (Władca much, Rytuały morza)
1988 Nagib Mahfuz (Opowieści starego Kairu)
1993 Toni Morrison (The Bluest Eye, Beloved)
1996 Wisława Szymborska (wybór poezji)
1998 José Saramago (Miasto ślepców)
1999 Günter Grass (Blaszany bębenek)
2002 Imre Kertész (Kadysz za nienarodzone dziecko)
2003 J.M. Coetzee (Hańba, Foe)
2004 Elfriede Jelinek (Pianistka, Amatorki)
2006 Orhan Pamuk (Śnieg, Nazywam się czerwień)
2007 Doris Lessing (Piąte dziecko, Podróż Bena, O kotach, Dziennik prztrwania)


Ale przerażają mnie Ci, o których nigdy nie słyszałam nawet słowa! Zwłaszcza z początku XX wieku. Odeszli w jakieś zapomnienie totalne. Ciekawa jestem czy tak samo stanie się z noblistami z początku tego wieku za 100 lat, czy też może czytelnicy przez następne 5-6 pokoleń upodobają sobie niektórych z nich, dwóch czy trzech, na tyle, żeby o nich pamiętać i wciąż kupować ich książki?

Nie mam konkretnej zaplanowanej listy. Pewnie przeczytam jeszcze więcej Coetzee'go, Pamuka, Lessing, a ponadto może spróbuję zmierzyć się z tymi pisarzami:

1929 Thomas Mann, Niemcy
1936 Eugene O'Neill, USA
1972 Heinrich Böll, Niemcy

Życzę sobie samej powodzenia, jak również i innym ;)