15.04.2013

"Sto lat samotności" G.G. Marquez


Ufff... Czuję się spełniona! Przebrnęłam przez maraton narracji G.G. Marqueza i ukończyłam go. Tempo czytania nie było może najmocniejszą stroną tego biegu, ale najważniejsze, że szczęśliwie dotarłam do mety. Kto czytał "Sto lat samotności", domyśla się pewnie, o co chodzi. Dla tych, którzy nie mieli jeszcze możliwości zapoznania się z dziełem noblisty, sprawę wyjaśnię w dalszej części opinii.  

"Sto lat samotności" to saga rodziny Buendia, mieszkającej w małym zapomnianym przez świat miasteczku Macondo gdzieś w Ameryce Południowej. Poznajemy ich historię od czasu założenia osady przez Jose Arcadio i jego żonę Urszulę, poprzez płodny rozkwit rodzinny aż po ostatniego z rodu. Poznajemy więc około sto lat z ich życia. Długie, nieskończenie zmieniające się jak w kalejdoskopie dzieje, których nie sposób opisać, więc nawet nie podejmę się tej próby. Nie tylko z powodu ogromnej masy przygód, dziwnych sytuacji, lecz także przez magicznie surrealistyczne wydarzenia, które czasami przyprawiały człowieka o gęsią skórkę, innym razem rozbawiały do łez. Jedno jest pewne: nigdy jeszcze nie było mi dane poznać takiej rodziny! Oj nigdy...

Ciąg dalszy na MOIM BLOGU, zapraszam :)

12.04.2013

Znak wodny Josif Brodski



Wenecja - kiedy myślę Wenecja twarz mi się sama uśmiecha i robi mi się błogo, jakbym słuchała przepięknej muzyki, której opowiedzieć nie sposób. Aby pokochać trzeba poczuć.  Kiedy chcę napisać o mojej Wenecji nabieram powietrza i milknę. Jak można opisać komuś miejsce, które jest dla nas tak ważne, tak piękne, tak inne, niż wszystko co się dotąd oglądało. Jak opisać Wenecję nie popadając w ckliwość, czułostkowość, egzaltację, koncentrowanie się na zewnętrzności. Jak oddać duszę miasta tak, aby druga osoba zobaczyła ją zamkniętymi oczami. Jak zarazić drugiego człowieka ciężką chorobą tęsknoty za miejscem nieznanym. Jeśli komuś mogło się to udać - to tylko Brodskiemu.

Każde słowo, każde zdanie to wyznanie miłości. Wyznanie liryczne, szczere i bezwstydne. I nieważne, że być może nieodwzajemnione.

Miłość jest uczuciem bezinteresownym, jednokierunkową ulicą. To dlatego można kochać miasta, architekturę samą w sobie, muzykę, nieżyjących poetów albo, przy pewnym szczególnym usposobieniu, jakąś istotę boską. Miłość jest bowiem czymś, co się dzieje pomiędzy odbiciem a odbitym przedmiotem.


Przy poprzednim wpisie napisałam, iż podczas lektury nie robię notatek, rzadko używam karteczek samoprzylepnych. Dziś zaledwie stu stronicowa książeczka mieni się kolorami niczym upstrzony - kolorowy jeż. Niemal każde zdanie wydawało mi się godnym uwagi, zapamiętania, ocalenia. Niemal każde chciałabym nosić przy sobie codziennie, jak lek na gorsze chwile. Niemal każde zdanie mogłoby być moim zdaniem, gdyby umiała myśli ująć w słowa.

Brodski spędzał w Wenecji przez siedemnaście lat każde Boże Narodzenie i część mglistego stycznia. To symptomatyczne, że osoba, o duszy poety, która w dodatku tak kochała wodę spędzała  tutaj tę właśnie porę roku. Pytany przez znajomych dlaczego zimą odwiedza Wenecję nie potrafił dać im satysfakcjonującej odpowiedzi. Trudno wytłumaczyć komuś, kto chce racjonalnych argumentów, dlaczego taki urok ma dla nas miejsce wyludnione, ciche, spokojne, zamglone, czy nawet deszczowe. Trudno wytłumaczyć tęsknotę rwącą duszę, tęsknotę za ciszą nocy, w której słychać plusk wody prutej dnem gondoli, lekkie uderzenia fal o nadbrzeża kanałów, pojedyncze kroki na kamiennym mostku, uderzenia skrzydeł ptaka przysiadającego na marmurowej dekoracji pallazzo. 

Jak to miasto wygląda w zimie? Chciałem im opowiedzieć o acqua alta; o rozmaitych odcieniach szarości za oknem, gdy siedzi się przy śniadaniu w hotelu, mając wokół ciszę i poranną kredową bladość twarzy par w podróży poślubnej; o gołębiach, których ukryte ciągoty architektoniczne każą im nadawać dodatkowy akcent każdemu łukowi i gzymsowi miejscowego baroku, o samotnym pomniku Francesco Queriniego i jego dwóch psów eskimoskich, rzeźbionych w kamieniu z Istrii o bieli podobnej pewniej do tej, którą widział tuż przed skonaniem w czasie swojej feralnej wyprawy do bieguna północnego, a teraz słuchającym szumu zawsze zielonych drzew w Giardini w towarzystwie Wagnera i Carducciego; o wróblu śmiałku, przycupniętym na kołyszącym się falach ostrzu gondoli, ze zmąconą przez sirocco, mokrą nieskończonością w tle. Nie - pomyślałem sobie, patrząc na ich zblazowane, choć w tej chwili zaciekawione twarze- to nic nie da.

Nigdy nie przyjeżdżał tutaj latem, kiepsko tolerował upał, nie cierpiał widoku i zapachu roznegliżowanych tłumów.

Odziane w szorty stada, zwłaszcza te rżące w języku niemieckim, działają mi na nerwy; tym, że ich- czyjakolwiek- anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość- i wszystko, co ją napędza- usiłuje narzucić stabilności marmurów. Należę chyba do ludzi, którzy przedkładają wybór ponad chaotyczny przepływ, a kamień jest zawsze wyborem; w tym mieście nawet najlepiej zbudowane ciało powinna moim zdaniem przesłaniać jakaś tkanina, choćby z tego względu, że ciało się rusza. Odzież to być może jedyna dostępna forma uznania wobec wyboru, jakiego dokonał marmur.  
Autor potrafi doskonale namalować obraz miejsca. A jest to pełen poezji malowany słowem obraz najlepszego impresjonisty. Już pierwsze zdania przenoszą do baru stazione przy Venezia Santa Lucia. Już rodzi się to radosne, podniecające oczekiwanie na spotkanie z miłością życia. I już wystarczyłoby zamknąć oczy...

Brodski w Znaku Wodnym maluje nam podobiznę miasta, które niczym na obrazach Poussina stanowi jego wyobrażenie Raju.

Tymczasem pragnę zapewnić, że choć jestem przybyszem z północy – moje wyobrażenie raju nie jest bynajmniej zależne od pogody czy temperatury. W gruncie rzeczy najchętniej wyrzuciłbym zeń wszystkich mieszkańców, a i samą wieczność też. Ryzykując oskarżenie o moralne zepsucie, wyznaję, że dla mnie Raj to zjawisko czysto wizualne, ma więcej do czynienia z Claude`em Lorrainem niż z wiarą i istnieje jedynie w sposób przybliżony. W wymienionych konkurencjach akurat to miasto jest najbliższym współzawodnikiem Raju. Ponieważ nie będę miał nigdy podstaw do porównania ich ze sobą- mogę przyznać sobie prawo do arbitralnego doboru kryteriów.

I pomyśleć, że można zakochać się w miejscu nie znając go wcale. Jakaś przypadkowa powieść, zdjęcie bazyliki, kilka sepiowych widokówek, makatka z Palazzo Ducale oraz miniaturowa gondola z podróży do Chin. To wystarczyło, aby w poecie rozbudzić tęsknotę - marzenie, które kilka lat później zaowocowało spełnieniem.
W książce Ponte Rialto, Bazylika San Marco i Santa Maria della Salute czy Canale Grande są ledwie wspomniane, jakby mimochodem, przelotnie, a nikt nie może wątpić, że one tam są namacalne i  realnie. Są jak przykryte oparem mgły. Są za to drobiazgi, szczegóły, detale, które budują klimat i niepowtarzalność miejsca. Jest całe kamienne dekorum w postaci cherubinów, maszkar, lwów, ażurów budowli, jest cała galeria mostków, no co najważniejsze jest wszechobecna i wszechogarniająca wszystko woda. Bez wody nie byłoby tego miasta, choć może to ona będzie przyczyną jego zagłady, ona w połączeniu z niszczycielską i bezmyślną polityką człowieka. Ale dziś woda jest życiodajna, ożywcza i oczyszczająca, choć nikt nie zaryzykowałby ani kąpieli ani tym bardziej jej picia. Woda jest lustrem, w którym odbija się każdy i w którym każdy może się przejrzeć.

Woda rywalizując z firmamentem – ma w dzień odcień błotnistej zieleni, a w nocy jest smoliście czarna. … Wygląda właściwie, jak zapis nutowy muzyki odgrywanej dla nas bezustannie w rytmie przypływów, partytura, gdzie pięciolinie kanałów pociągnięte są niezliczonymi kreskami taktowymi mostów, pocętkowane nutami odbitych okien i legatowymi łukami architektonicznych zwieńczeń, że już nie wspomnę o wiolinowo wygiętych szyjach gondoli. Całe miasto przypomina szczególnie w nocy, gigantyczną orkiestrę, z oświetlonymi przyćmionym światłem pulpitami pallazzi, z wzburzonym chórem fal, z sopranem gwiazdy-primadonny na wysokim niebie.

Znak wodny jest pełen nostalgii. Doskonale rozumiem tę nieuleczalną tęsknotę za miejscem ukochanym, tęsknotę, której nawet chwilowy pobyt nie jest w stanie wyleczyć, on ją jedynie może podleczyć.

Łzę można w tym mieście uronić z kilku różnych okazji. Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę - a także przez samą łzę - tego piękna na stałe.

Piękna opowieść o kochaniu. Harmonijne połączenie poezji z prozą. Pierwsze akapity przyniosły zaskoczenie; książka napisana jest wymagającym skupienia językiem, momentami prostym, momentami bardziej wyrafinowanym, momentami metaforycznym. Dostrojenie się zajęło mi chwilkę, a wtedy mogłam już w pełni rozkoszować się bogactwem zarówno treści jak i formy. Pozostaję pod wrażeniem osobowości i erudycji poety, ale przede wszystkim wrażliwości na piękno i odwagi w odsłanianiu uczuć. 

Książka została bardzo ładnie wydana przez wydawnictwo Znak. Wydawca uzupełnił ją tekstami wierszy Laguna i Strofy weneckie oraz liryczno-nostalgicznymi zdjęciami Wenecji w zimowej aurze (są pełne tajemniczości, nieco mroczne, jakże inne od tych znanych z tysięcy widokówek). Przekładu tekstu dokonał Stanisław Barańczak.

Moja ocena- 6/6

10.04.2013

"Teresa Desqueyroux" François Mauriac

„Teresa Desqueyroux” to powieść o sfrustrowanej i nieszczęśliwej kobiecie, która po zawarciu małżeństwa czuła się jak więźniarka; najpierw myślała o samobójstwie, a potem próbowała otruć męża arszenikiem. Domowy lekarz w porę zauważył objawy zatrucia i uratował Bernarda. Teresę Desqueyroux aresztowano, po czym, po interwencji ojca i męża, zwolniono.

 Wiele miejsca w powieści zajmuje analiza uczuć Teresy. Wzburzona kobieta wspomina przeszłość, zastanawia się, skąd wziął się w niej zbrodniczy impuls i dlaczego w ogóle wyszła za Bernarda, skoro nikt jej do małżeństwa nie zmuszał. Owszem, oczekiwano po niej, że poślubi właściciela sąsiedniego majątku, ale... Dalszy ciąg recenzji na moim blogu.

19.03.2013

"Lituma w Andach" Mario Vargas Llosa




Tytuł powieści Peruwiańczyka wydawał mi się być bardzo enigmatyczny. Lituma? Hmm... To nazwisko policjanta, który zostaje przeniesiony z Piury do małej osady w Andach. Naccos leży niemal na końcu świata, dopiero powstaje tu droga, a wszyscy mieszkańcy to robotnicy zatrudnieni przy jej budowie. Lituma i jego współpracownik Tomás mają jednak sporo pracy. Naccos mieści się w centrum działania terrucos. To lewacka partyzantka, której członkowie, w imię swoich przekonań, napadają na miejscową ludność, a ze szczególnym upodobaniem na cudzoziemców, niszczą i sieją postrach. 
W ostatnich miesiącach w Naccos zginęły trzy osoby - Litumie nie daje to spokoju i próbuje za wszelką cenę odkryć przyczynę zagadkowych zniknięć. Robotnicy jednak milczą, nie ufają policjantom oraz wydają się stać pod wpływem wioskowego karczmarza Dionisio i jego żony Adriany, która opętuje ich swoimi szamańskimi zdolnościami.

Długie samotne noce w Naccos to okazja do rozmów - Tomasito opowiada o swojej miłości do Mercedes, krajanki Litumy. Ta niezwykła historia bezinteresownej miłości przeplata się z wydarzeniami w Andach. Powieść Llosy łączy wiele wątków - to nie tylko historia Tomasa i aktualne wydarzenia w Andach, to także poboczne nitki, które ukazują działania terrucos, a przede wszystkim opis gór i ich mieszkańców. Lituma w Andach wydaje się być hommage na cześć Indian, gór, kultury Peru. Dumni Indianie, nieprzystępni, skryci, surowe góry, niezrozumiałe wierzenia napawają Litumę trwogą.

Bardzo podobała mi się konstrukcja powieści - płynne mieszanie wątków, z pozoru komplikujące odbiór powieści, wcale nie utrudniało lektury, raczej ją wzbogacało.

14.03.2013

"Łaskawa ziemia" Pearl S. Buck


Pearl S. Buck jest Noblistką po której książki sięgam najchętniej. Wiem, że w swoich licznych powieściach zabierze mnie do egzotycznych krajów i będzie pokazywać świat, jaki nikt wcześniej nie odmalował na stronach książki. Bedzie zaglądać w biedne zaułki, do pałaców kurtyzan i pod chłopskie strzechy, aby pisać o rzeczywistości, o jakiej nie mieliśmy pojęcia. Jej dorobek literacki wzbudza u mnie wielki szacunek i respekt. Nie tylko napisała kilkadziesiąt wspaniałych powieści, ale także zdobyła jako pierwsza Amerykanka Nagrodę Nobla i Nagrodę Pulitzera. Wiele lat temu przeczytałam jej „Pałac kobiet”, który mnie zachwycił, czytałam go zresztą jeszcze parę razy, później jeszcze kilka innych jej książek, ale nie sięgnęłam do tej pory po chyba jej najsłynniejsze dzieło – trylogię „Ziemski dom”, która przyniosła jej międzynarodowy sukces zaraz po wydaniu. Zresztą i teraz, jeśli tylko pojawia się jej wznowienie – zostaje rozchwytana przez czytelników.
„Ziemski dom. Trylogię o Chinach” zbierałam w pocie czoła, akurat było to w czasie, kiedy nakład pierwszego tomu został wyczerpany i długo musiałam na niego czekać. Kiedy wreszcie mi się udało – westchnęłam z satysfakcją i ustawiłam całość na półce. Żal było mi ją zacząć czytać. Wiem, jestem dziwna, ale nie mogę pohamować się przed „oszczędzaniem” tych książek, które spodziewam się, że przyniosą mi prawdziwą literacką ucztę. Zawsze zachowuję je na potem, na gorszy czytelniczo czas, kiedy będę złakniona w pełni satysfakcjonującej mnie powieści. Czy moje przeczucia co do tej trylogii były słuszne? Mogę szczerze odpowiedzieć, że tak.

„Łaskawa ziemi” to pierwszy tom trylogii. Głównym bohaterem jest Wang Lung, ubogi chłop, który mieszka razem ze starym ojcem w glinianej chacie gdzieś na północy Chin. Prowincja ta ma niewielki kontakt ze światem zewnętrznym, dlatego zmiany tutaj następują powoli, a przywiązanie do kultywowanych tradycji oraz szczególnie posiadanej ziemi jest silne. Ziemia ta karmi, ubiera, ogrzewa, a czasami skazuje na klęskę i głód. Jednak kochana i pielęgnowana odwdzięcza się wspaniałymi plonami i niesie bogactwo, jeśli tylko natura jest łaskawa i ześle odpowiednią pogodę. Wang Lung jest w wieku odpowiednim do ożenku, ale stać go jedynie na wykup niewolnicy z domu bogatego pana Hwanga. O-lan nie jest piękną kobietą, nie ma niczego, co wzruszało serce mężczyzny w tamtych czasach, a więc jej stopy nigdy nie były wiązane, jest wysoka, twarz ma płaską, a cerę ciemną. Mimo tego staje się wspaniałą towarzyszką życia, milczącą, ale zawsze stojącą przy boku swego męża, wierzącą w siłę ziemi, często lub prawie zawsze – niedoceniana, ganiona, ale starająca się sprostać wszystkim wymaganiom.

Pokazanie tego świata z punktu widzenia mężczyzny, jest bardzo ciekawym zabiegiem. Ukazuje mentalne różnice pomiędzy wschodem i zachodem, wyjaśnia odmienność w podejściu do małżeństwa, kobiet, rodziny, honoru.

„Łaskawa ziemia” to książka, którą czyta się wolno, narracja jest spokojna i łagodna, ale niezwykle barwna. Świetnie są oddane kolory, smaki i zapachy, codzienność ludzi mieszkających w chińskiej wsi, tak nam obcą i nieznaną. Przybliżone zostają tradycje i obyczaje, ówczesne wierzenia. Tak jak Wang Lung wspina się po drabinie społecznej, tak i my zaglądamy do ubogiej chaty, szałasu w slumsach i bogatego domu z mnóstwem wewnętrznych dziedzińców. Obserwujemy rośnięcie w potęgę rodziny Wung, ale także jej słabe ogniwa. Akcja powieści zawiera tylko echa historii i ówczesnej polityki, wszak zwykły wieśniak, analfabeta nie ma o niej pojęcia, dla niego ważne jest tylko tu i teraz, ewentualnie przyszłość najbliższych. To co się dzieje poza jego światem, poza ziemią, jest dla niego nie do pojęcia i wywołuje jedynie zdziwienie, konsternację i nikłe zainteresowanie.

Fascynujący jest świat, który odmalowała Pearl S. Buck w swojej książce. Mimo tylu lat pierwszej edycji wciąż ciekawi i porywa. Z miłą chęcią zagłębiam się więc w tom drugi pod tytułem „Synowie”.



________________

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.


12.03.2013

Tortilla Flat John Steinbeck


Tortilla Flat to niewielka książeczka o grupce kumpli, których łączy niechęć do pracy oraz zamiłowanie do napojów wyskokowych. Danny, który przez przypadek stał się właścicielem małego domku zaprosił do wspólnego „gospodarstwa domowego” kilkoro przyjaciół; Pilona, Jezusa Marię, Wielkiego Joe Portugalczyka i psa Pirata. Razem tworzą oni swego rodzaju komunę. Okazuje się jednak, że i od przybytku może zaboleć głowa. Wspólne mieszkanie oraz fakt, iż jeden z kumpli posiada więcej niż inni stwarza konflikty i wywołuje brzydkie uczucia zawiści. Grupka pijaczków nazywająca się paisanos (rodakami pochodzącymi z tego samego regionu - potomkami hiszpańskich konkwistadorów mieszańcami krwi hiszpańskiej i indiańskiej) spędza dnie na wspólnym piciu wina, żywieniu się odpadkami z pobliskich restauracji, opowiadaniu sobie historyjek, uwodzeniu kobiet oraz obmyślaniu sposobów na zdobycie funduszy bez konieczności zhańbienia się pracą. Bohaterowie to nieudacznicy, cwaniaczki i drobni złodzieje, którzy wyznają swoisty kodeks honorowy, w którym dominuje poczucie współodpowiedzialności za członków grupy. Jeden za wszystkich - wszyscy za jednego. Wystąpienie przeciwko temu kodeksowi powoduje surową karę - odrzucenie. Steinbeck pod pozorem opowiedzenia historyjki grupki meneli pisze o moralności dostosowywanej do własnych potrzeb, tłumaczeniu swego postępowania dobrymi intencjami (jakże często bohaterowie tłumaczą, iż zrobili coś dla dobra innych - zabrałem mu pieniądze, bo i tak nie wiedziałby co z nimi zrobić więc wybawiłem go z kłopotu, zjadłem jego posiłek- bo mógłby mu zaszkodzić).
Steinbeck pisze w taki sposób, że nawet banalna historyjka wydaje się ciekawą. Jest tu i ironia i jest groteska i humor. Po raz kolejny wreszcie powtórzę też, że jestem pod wrażeniem prostoty przekazu. Myślę, że gdyby nie umiejętności pisarza nie przebrnęłabym przez temat, który nie jest pasjonujący.
Muszę jednak przyznać, że z czytanych przeze mnie książek tego autora ta wypadła w mojej opinii najsłabiej.

Moja ocena 4/6

Opinie do Na wschód od Edenu, Grona Gniewu, Myszy i ludzie.

4.03.2013

Isaac Bashevis Singer, "Cienie nad rzeką Hudson" (audiobook)


Wydawnictwo MUZA, 2009
Czyta: Maciej Mydlak
Czas trwania: 27 godz. 44 min.
Źródło: pożyczone


Niezwykle wciągająca i interesująca opowieść, ale audiobook za długi ^^'

Lubię prozę Singera, lubię również audiobooki, także nic dziwnego, że dałam się skusić i zabrałam się za słuchanie Cieni nad rzeką Hudson. Moja dwumiesięczna przygoda z tą książką zakończyła się wczoraj i czuję... Niedosyt? Zmęczenie? A może radość, że wreszcie niektóre historie mam za sobą? Powiem Wam szczerze, czuję to wszystko naraz. ;)

Bohaterowie Cieni nad rzeką Hudson są różni. I jest ich wielu. Łączy ich to, że pochodzą z Europy Wschodniej, że stracili członków rodziny w czasie Holokaustu, że nie muszą pracować fizycznie na swoje utrzymanie i że zmagają się z własnymi demonami, zatruwającymi ich dusze. Do niektórych postaci czułam sympatię, do innych podchodziłam obojętnie, a niektórzy doprowadzali mnie do białej gorączki ze względu na swoją głupotę i wyimaginowane bolączki. _^_ Kilka razy zdarzyło mi się zrobić przerwę w słuchaniu, ponieważ musiałam odpocząć. Singer stworzył bohaterów z krwi i kości, ludzi, których moglibyśmy spotkać w prawdziwym życiu (i chyba stąd wynika moja irytacja xD).

Z powieści Singera wyłania się obraz Stanów Zjednoczonych jako krainy mlekiem i miodem płynącej, gdzie nikomu nie może stać się krzywda i dokąd emigrują całe fale żydowskich uchodźców z Europy. Zaskoczyło mnie to, że bohaterowie nie muszą się trudnić pracą fizyczną albo chociażby urzędniczą, by móc się utrzymać - każdy z nich prowadził jakieś interesy bądź wykorzystywał do życia odszkodowanie za to, co wycierpiał w czasie wojny. Moja wiedza na temat okresu tuż po wojnie jest nikła, trzeba będzie na ten temat poczytać.

Więcej na moim blogu