26.06.2011

Dzienniki z podróży, czyli Ameryki oczami Camusa

Witam, jako nowicjuszka na bloogu Nobliści. Postanowiłam i ja nadrobić zaległości w tej dziedzinie. Zacznę od mało znanej (tak mi się przynajmniej wydaje), książeczki Alberta Camusa.
Dzienniki z podróży to zaledwie dziewięćdziesiąt stron lektury. Jest to opis dwóch podróży na dwa kontynenty.
Pierwsza to podróż mało jeszcze znanego dziennikarza do Ameryki Północnej w 1946 r., druga to podróż autora "Dżumy" do Ameryki Południowej w 1949 r.

Część pierwsza.
Ameryka północna jawi się przyszłemu Nobliście, jako celuloidowy kraj powierzchownych ludzi. Jego relacja dostosowana jest do odniesionych wrażeń. Opisy są krótkie i lakoniczne. Zapis tej podróży to niczym migawki, które przesuwają się przed oczyma pasażera pędzącego samochodu. Wizyta u pani J, spotkanie z panem K, zaproszenie do państwa W. Wszystko przemija błyskawicznie i nie pozostawia miłego wrażenia. Obrazki przesuwają się, jak w kalejdoskopie. Od czasu do czasu autor rzuca jakby mimochodem luźną uwagę dotyczącą odwiedzanego kraju. Nie są to uwagi zbyt pochlebne. Podróżując z Camus widzę jedynie betonowe prostopadłościany sky-scrapers i olbrzymie plansze reklam. Jest tu natomiast sporo odniesień do „Dżumy”, która ukaże się w 1947 roku.
Część druga.
Ameryka Południowa jawi się autorowi, jako kraj pełen przeciwieństw. Bogactwo i przepych przemieszane ze skrajną nędzą, a wyrafinowana kultura z barbarzyństwem. Zapis tej podróży jest nieco „powolniejszy”. Ma się wrażenie, jakby parno wilgotny klimat spowolnił relacje pisarza. Czytając mam wrażenie, jakbym sama miała problemy z oddychaniem i „złapaniem” świeżego powietrza. Po Ameryce Południowej podróżuje autor zdobywającego popularność dzieła (Dżuma), co powoduje konsekwencje w postaci licznych spotkań, wieczorków, zaproszeń, które są dla pisarza męczące, a często także nużące. Ileż to razy autor wymyka się z różnych urządzanych na jego cześć i dla niego „imprez, pokazów, posiłków” tylnymi drzwiami. Dziś powiedzielibyśmy wychodzi zeń po angielsku.


Poza opisem wrażeń z pobytu na obu kontynentach książka zawiera relację z podróży, w przeważającej mierze morskiej. Morze opisane jest w przeróżnych barwach i odcieniach; morze spokojne i wzburzone, morze, w którym odbijają się słoneczne promienie i morze w towarzystwie chmur i wiatru, morze poranne, południowe i wieczorne. Czuję w tych opisach wyraz podziwu i hołdu składanemu żywiołowi, który jest często o wiele milszym towarzyszem podróży niż ludzie;

nudni i powierzchowni. Jak pisze Camus trudno mu wytrzymać w towarzystwie liczniejszym niż cztery osoby.
Autor opisuje, iż jego morskiej podróży do Ameryki Południowej towarzyszyły dźwięki muzyki poważnej. zytając można wyobrazić sobie rejs statkiem, prute dziobem fale,bezkresną przestrzeń za nami i bezkresną przestrzń przed nami, wiatr we włosach, poczucie wolności i beztroski, nieskrępowania. A jeśli jeszcze towarzyszy temu piękna muzyka można powtórzyć za Faustem .. trwaj chwilo, jesteś piękna.
Dziennik podróży jest rękopisem autora, pisanymi na gorąco relacjami z podróży. Nie wiadomo, czy Camus zamierzał go opublikować, czy też jedynie dla siebie i ewentualnego późniejszego wykorzystania spisywał miejsca, zdarzenia, spostrzeżenia i daty.
Muszę przyznać, że miejsca przez niego odwiedzone zostały opisane w sposób, który raczej by mnie zniechęcił do ich odwiedzenia, niż zachęcił. Należy wziąć jednak poprawkę na to, iż podróże miały miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu i są subiektywnym spojrzeniem osoby pełnej zarówno podziwu, jak i dezaprobaty dla krajów Nowego Świata. Jednakże w pewien sposób są one też odbiciem mojego stanu postrzegania obu Ameryk.
Warto przeczytać, jeśli nie dla czego innego to dla piękna opisu morskich podroży.

2 komentarze:

http://pisanyinaczej.blogspot.com/ pisze...

Przyznam się że nie czytałem. Muszę nadrobić zaległości :-)

Bibliofilka pisze...

Też nie czytałam, ale z pewnością nadrobię :)